Nostalgia jest uczuciem, do którego często się odnosimy, ale rzadko je zgłębiamy. Według definicji jest to doświadczenie, które rozpala tępy ból z tyłu głowy, tworząc tęsknotę za tym, co było, za utraconą niewinnością; oraz popycha do znalezienia „tego czegoś”, co przywróci poczucie komfortu. Bez przerwy poszukujemy i pragniemy czegoś minionego i uczymy się z tym żyć. 2064: Read Only Memories budzi to uczucie z dziesięciokrotną mocą. Począwszy od grafiki nawiązującej do 8-bitów aż po soundtrack również celujący w tę erę, produkcję przepełnia bolesna nadzieja, czego świetnym odwzorowaniem mogą być kłopoty z vitowym portem.

Recenzję (oryginalnie po angielsku) napisała H.R. Crabtree

Akcja rozgrywa się w Neo-San Francisco w 2064 roku. Wcielasz się w mało znanego dziennikarza, który czeka, aż w końcu cudownie trafi mu się wielki artykuł. Jednak przydarza Ci się coś innego. Pewnej grudniowej nocy do Twojego mieszkania ktoś się włamuje, szoruje je do czyta oraz przeorganizowuje. Winowajcą jest zbłądzony ROM (Menadżer Związków i Organizacji Życia), czyli zrobotyzowany osobisty asystent, a przynajmniej jest nim przez większość czasu… Ten ROM jest jednak inny – ma imię, jest przerażony i osamotniony oraz potrzebuje Twojej pomocy.

Intruz przedstawia się jako Turing, a w międzyczasie jeszcze próbuje przeprosić, że nie udało mu się właściwie zoptymalizować Twojego laptopa, podczas gdy spałeś. Poza tym jego twórca, a zarazem jedyny towarzysz został porwany. Asystent przepuścił przez swój wysokiej jakości procesor algorytm, według którego to właśnie Ty jesteś najlepszym kandydatem do pomocy. W tej sytuacji nie zostaje Ci nic innego, jak tylko wyruszyć z ludzkim robotem w podróż, podczas której spotkają was niesłychane rzeczy.

Próba zrecenzowania opowieści, która opiera się na egzystencjalizmie jest dość problematyczna. Przede wszystkim trudno napisać coś więcej o jej przebiegu, ponieważ łatwo zdradzić fragment, który może mieć większego znaczenie dla danego gracza. W ogóle duży wpływ na doświadczenie, jakie wyciągniemy z 2064, ma to, jak skłonni jesteśmy dać się czemuś pochłonąć, mimo wstępnych zastrzeżeń i z minimalną wiedzą o tym. Poza tym gra zaskakuje tym, jak świetnie symuluje budowanie związku w trakcie konfliktu. Potrafi nawet wywoływać zaskakująco bolesne emocje, gdy widzimy, że postaci nam bliskie cierpią. Z racji tego nie napiszę nic więcej o samej opowieści, ponieważ jestem przekonana, że trzeba w jak największym stopniu poznać ją osobiście.

ROM 2

2064: ROM jest przyjemnym miksem visual noveli z przygodówką, co podobno ma swoją nazwę – graphic adventure game. Niby można by stwierdzić, że jest to po prostu przygodówka, ale występuje tam więcej tekstu dialogowego niż ma to zwykle miejsce u przedstawicieli tego gatunku. Jednak, produkcja utrzymuje się w ramach, ponieważ nie raz przyjdzie nam rozwiązywać zagadki, które wydają się mieć randomowe rozwiązania. Fakt, nie jestem zbyt doświadczona w p’n’c i może dlatego nie mogłam złapać logiki twórców albo tego, czy ewentualnie naśmiewali się zasad gatunku. Jeśli trafiłam z tym drugi, to tak, jest to przezabawne… A tak na poważnie, to nie odrzucałabym całkiem tej możliwości, ponieważ w grze jest masa nerdowskich nawiązań odnoszących się do gier wideo, anime i innych manieryzmów.  Coś czują, że czai się tu otaku… Generalnie humor w każdej sytuacji jest błyskotliwi i warty doceniania, szczególnie że często dotyczy kwestii boleśnie mrocznych. Daje on też chwilkę wytchnienia oraz umacnia nas w przekonaniu, że świat, który oglądamy, jest wiarygodny.

ROM 3

Większość akcji gry jest nam przybliżana za pomocą tekstu, a nie scenek. Wspomagają go minimalistyczne efekty dźwiękowe, które pomagają podbić atmosferę, wskazują reakcję na coś, co było powiedziane czy po prostu pomagają oddać sytuację.

Jednak prawdziwą gwiazdą oprawy AV jest ścieżka dźwiękowa. Jestem pewna, że nie przesadzę, gdy powiem, że muzyka jest fenomenalna i po prostu nie można lepiej oddać tonu tej historii. Nie jestem pewna, na ile jest to celowy zabieg, ale nostalgiczna natura soundtracku odegrała kluczową rolą w moim wczuwaniu się w bohaterów i sytuacje. W pewnym sensie muzyka jest najważniejszym czynnikiem przy tworzeniu więzi z postaciami z tego świata, ponieważ sięga głęboko i wyciąga na wierzch pragnienie stworzenia czegoś lepszego. Każdy moment w grze definiuje towarzysząca mu muzyka i nie raz łapałam się na tym, że przestawałam grać, tylko wsłuchiwałam się w podkład i rozważałam, co właśnie przeczytałam.

ROM 4

8-bitowe grafiki są powalające i odpowiednio przekazują ton tego, co się właśnie dzieje. Paleta barw jest cudownym nawiązaniem do pełnych neonów lat 80., a dopełniają go porąbane fryzury i ogrom kurtek bomberek. Przypominało mi to wszystko filmy s-f na których się wychowałam, tyle że wygląda to jak przyszłość z zachowaniem mody z tamtego okresu. I to tylko kilka nostalgicznych rzeczy z grafiki, całą górą innych odkryjecie sami.

Projekty postaci są równie radosne, co cała reszta. Każda z nich jest indywidualnością, ma głębię i przemyślaną historią.  Gdy poznawałam kogoś nowego, od razu po pierwszym wejrzeniu osądzałam go na podstawie wyglądu i znaków szczególnych. Często jednak, nieraz boleśnie, przekonywałam się, jak bardzo płytkie były moje osądy. Przykładem tego może być hybryda człowieka z kotem, która, wydawałoby się, wyniosła swoją obsesję nyan-nyan za daleko. Interesujące jest to, że bardzo szybko niszczy tę naszą koncepcję, a na dodatek zwinnie doprowadza nas do przemyślenia, dlaczego od razu zaczęliśmy zakładać, że tak jest. Każda kolejna nowo spotkana osoba dawała szansę do dogłębnego jej poznania. Najpierw widzimy jej powierzchowność, a potem odkrywamy jej pragnienia, lęki, słabości i w końcu tę głęboko skrywaną cząstkę. W wielu grach taki rozwój postaci jest zaaranżowany, jest mechaniką, która wypełnia fabułę. Jednak w 2064 każda postać sprawia wrażenie unikalnej, ale przy tym i naturalnej. Szczegóły jej dotyczące są wyjawiane z czasem, co emuluje rozwój prawdziwego związku oraz sprawia, że jest to podobnie wynagradzające.

ROM 5

Do minusów na pewno mogę zaliczyć brak automatycznych dialogów czy pomijania tekstu, co jest standardem w visual novelach. Jest to szczególnie odczuwalne podczas próby zdobycia kolejnych zakończeń czy platyny, ponieważ decyzje kierujące do nich pojawiają się podczas pierwszej połowy gry. Oznacza to, że trzeba przejść całą grę kilka razy, aby zrobić ją na 100%. Czasem brak tego pomijania odczuwa się też podczas pierwszego przechodzenia, np. gdy kilka razy trafi się niewłaściwe odpowiedzi i trzeba powtarzać całą sekcję. Swoją drogą, tekst pojawia się wolnej, niż jesteśmy do tego przyzwyczajeni, co podbija frustrację przy już widzianych scenach.

Gra jest porządnie przeportowana, jednak zdarzyły mi się dwa crashe. Jeden poważny, wyłączający aplikację, pojawił się pod koniec gry w trakcie dość długiej i wyczerpującej sceny. Drugi wyskoczył po naciśnięciu „kontynuuj” po wczytaniu menu po ukończeniu gry. Ten był „słabszy”, bo tylko zaczernił ekran, a muzyka nadal grała, ale wciąż zresetować grę trzeba było. Ponieważ produkcja przez cały czas przypomina, żeby sejować, radzę się do tego zastosować, tak na wszelki wypadek.

ROM 1

Zdobyłam tylko dwa zakończenia, ale jedno z nich będzie tym uważanym za „true ending”. Nie zabrałam się za pozostałe z dwóch powodów. Jednym jest już wspominana mechanika, która nie sprzyja powtarzaniu gry. Drugim są wymogi do osiągnięcia konkretnych zakończeń. Przy takich grach mam tendencję do kierowania się własną osobowością. Zwykle ta metoda daje oczekiwane rezultaty, ponieważ, zasadniczo, bohaterowie powinni reagować tak, jak miałoby to miejsce w prawdziwym życiu. Gdy z ciekawości sprawdzałam kilka decyzji potrzebnych do zakończeń akcji, zobaczyłam, że część z nich wymaga zdenerwowania spotykanych postaci, a mnie zawsze wydaje się to niewłaściwe. Po prostu przechodzenie gry narracyjnej według konkretnego schematu zawsze jest dla mnie bolesne, szczególnie gdy przywiążę się do bohaterów i ciężko mi wtedy traktować grę jak kawałek kodu. Ogólnie rzadko wracam do jakiejś gry, gdy zdobędę w niej prawdziwe zakończenie, a gry z otwartym światem zajmują mi dwa razy więcej czasu, bo muszę zrobić wszystko, co się da, zanim pójdę na ostatniego bossa. W związku z tym po osiągnięciu właściwego zakończenia powrócenie i zachowywanie się, jakby nie miało to miejsca, nie ma dla mnie sensu. Problem ten też dotyczy visual novel, więc wymuszanie działania wbrew własnemu instynktowi jest idealnym sposobem do zepsucia narracji.

ROM 6

Produkcja miała kilka wydań i portów, ale to właśnie walka o premierę na Vicie, ostatecznie zakończona sukcesem, naturalnie wtapia się w samą grę i motywy poruszane w 2064., dzięki czemu jeszcze lepiej pasuje do tej platformy. A teraz jeszcze, po przejściu gry, mam w głowie pełno egzystencjonalnych pytań, czuję się niekompletna. To taki niespokojny stan, który ciągle czai się w środku, ale trzeba go stłumić, żeby przetrwać każdy dzień. Warto jednak czasem powitać ten ból, bo także dzięki niemu wiemy, że żyjemy. W końcu kwestionowanie własnej egzystencji to część bycia człowiekiem. Jeśli będziemy tego unikać, odrzucimy ten skarb i szansę na poznanie naszego celu. I o tym właśnie jest 2064: ROM, o tożsamości, poszukiwaniu siebie i celu; o otaczającym nas świecie i desperackiej walce o znalezienie swojego miejsca w nim; o zadawaniu pytań i poszukiwaniu odpowiedzi, by w końcu znaleźć prawdę, nawet jeśli nie jest tym, na co liczyliśmy.


Ocena: 9,5/10


Serdecznie dziękujemy MidBoss
za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego gry


Producent: MidBoss
Wydawca: MidBoss
Data wydania: 10 stycznia 2018 r.
Dystrybucja: cyfrowa
Funkcje crossowe: -buy i -save z PS4
Waga: 1,3 GB
Cena: 92 PLN

Reklamy