„Cudze chwalicie, swojego nie znacie” – czyli parę słów o Violett, jednej z pierwszych polskich produkcji, która zawitała na Nintendo Switch.

Forever Entertainment S. A nie jest już młodym studiem, bo istnieje od 2010 roku. Na swoim koncie ma kilkadziesiąt produkcji, z czego większość była skierowana na urządzenia z androidem. Violett również podzieliła tę drogę, ukazując się pierwotnie na telefonach i tabletach, jednak potem trafiła na Steama i ostatecznie wylądowała też na Słiczu. Jest to opowieść łącząca „Calineczkę” z „Alicją z Krainy Czarów”. Tytułowa Violett jest nastolatką, która zostaje wyrwana z miasta z powodu przeprowadzki rodziców i ląduje na zabitej dechami wsi. W nowym domu odkrywa tajemniczy medalion, po czym… zostaje zmniejszona i trafia do bajecznego świata małych stworzeń, przy okazji tracąc winowajcę. Do tego momentu wszystko fabularnie jest w porządku, ale wraz z początkiem rozgrywki wątek właściwie się urywa… Podczas przechodzenia gry nie dowiadujemy się niemal niczego. Nie uświadczymy też jakiegoś rozwoju bohaterki czy czegokolwiek, co by zainteresowało gracza.

DO8FLIUVAAASgUp.jpg large.jpg

Aby wydostać się z tego ambarasu, musimy skompletować kawałki naszyjnika z medalionem, który najwyraźniej rozpadł się w czasie naszej transformacji. Na domiar złego zostaliśmy schwytani i uwięzieni. Próbując się wydostać, od towarzysza niedoli zyskujemy wielce przydatną umiejętność – telekinezę. I tu trzeba się chwilę zatrzymać. O ile pomniejszenie naszej bohaterki da się zrozumieć, bo w końcu w innym wypadku nie moglibyśmy zwiedzać świata zwierząt jako człowiek, tak danie jej siły poruszania przedmiotów wolą umysłu to duże pójście na łatwiznę dla twórców i duże utrudnienie dla gracza. Takie rozwiązanie sprawia, że nawet jeśli jakiś element jest teoretycznie poza naszym zasięgiem, to i tak możemy go poruszyć. W efekcie utracona została intuicyjności, ponieważ w większości, jak nie wszystkich topowych reprezentantach point’n’click wielu rozwiązań można było się domyśleć właśnie z racji dostępu, na przykład do jakiegoś teoretycznie nieistotnego przedmiotu i wtedy zapalała się nam lampka. Obecne rozwiązanie daje po prostu zbyt wiele możliwości.

DO8FBO9UQAAhavD.jpg large.jpg

Abstrakcyjność rozgrywki potęguje dotykowe sterowanie. Wszystko dlatego, że nie wystarczy puknąć w dwa obiekty, często trzeba palcem przesunąć jeden na drugi. Przez to rozwiązanie trudności mogą sprawiać już pierwsze zagadki, więc wielu graczy odbije się od produkcji już na dzień dobry. Na szczęście życie ułatwi nam dostęp do podpowiedzi, sam kilkukrotnie utknąłbym na dobre, gdyby nie one. Muszę jednak zaznaczyć, że są one tylko sugestią, co mamy zrobić, nie doją gotowego rozwiązania.

DO8E4XAUIAAWAQL.jpg large.jpg

Kolejnym niesprawdzonym, a raczej niewyjaśnionym elementem produkcji są porozrzucane wszędzie kulki. Zbieramy je, zaśmiecają nam ekwipunek i… no właśnie nie wiadomo po co. Są istotne? Musimy zebrać wszystkie? Co się stanie, gdy nie weźmiemy żadnej? Dodatkowo część jest tak pochowana, jakbyśmy nigdy nie mieli ich znaleźć. Brak dobrze opowiedzianej genezy i wyznaczenia celu powoduje także duże zakłopotanie przy eksploracji. Niektóre lokacje również wydają się niezbyt przemyślane, chociażby trzecie miejsce, które odwiedzimy – klatka schodowa posiadająca teleportujące przejścia, które niejednokrotnie przenoszą nas z powrotem do punkty wyjścia. Po takim teleporcie musimy ponownie pokonać całą trasę, co jest bardzo uciążliwe, ponieważ bohaterka porusza się dość wolno. Także brak jakiejś mapy pozwalającej na szybkie przemieszczanie się wpływa na poczucie dyskomfortu. Zazwyczaj w tego typu grach zbieramy przedmioty z różnych lokacji, aby je jakoś złożyć i wykorzystać w miejscu, które było stosunkowo blisko ich znalezienia. Tu twórcy każą nam pokonywać kilometry, co podświadomie nas od tego odpycha…

DO8EvVHVQAA1mvH.jpg large.jpg

Violett może się za to pochwalić piękną, rysowaną grafiką. Tła i postacie wyglądają bajecznie, co jest największą zaletą produkcji. Nie zostały jednak w żaden sposób wyróżnione przedmioty użytkowe, czy to przez żywszą paletę barw czy podświetlenie po dotknięciu. Wszystko jest spójne, przez co trudniej wyłapać, co mamy zrobić. Do audio nie miałbym zastrzeżeń, gdyby nie to, że postacie, jak już mówią, to wydają dziwne, jednostajne dźwięki oraz chwilowe wyciszenie produkcji podczas autozapisów. Jednak najbardziej irytujące są dźwięki, które wydaje nasza bohaterka, gdy sygnalizuje, że nie jest w stanie tego zrobić. Niestety z powody bardzo abstrakcyjnych zagadkach słyszymy to co chwilę…

DO8Fcs1UMAAM9C6.jpg large.jpg

W Violett chciałem zagrać z dwóch powodów. Pierwszym oczywiście był polski rodowód produkcji, kolejnym to gatunek, jaki reprezentuje, czyli point’n’click. Niestety muszę powiedzieć, że mimo ciekawie zapowiadającego się początku, gra cierpi z powodu małej intuicyjności. Osobiście uważam, że zrezygnowanie z telekinezy, które wymusiłoby na producentach bardziej przystępne zagadki, a także dodanie mapy pozwalającej na szybsze poruszanie się między odkrytymi już lokacjami naprawdę wpłynęłoby na odbiór. Tak otrzymaliśmy ładną, ale naprawdę średnią produkcję.


Ocena: 5/10


Po publikacji otrzymaliśmy informację od wydawcy, że w drodze jest patch, który ma poprawić: sterowanie przy kilku zagadkach, brak przerywy w muzyce przy zapisywaniu stanu gry oraz poprawić finałową walkę. Zmiany te wpłyną na lepszy odbiór gry niż była opisana powyżej.


Serdecznie dziękujemy Forever Entertainment
za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego gry


Producent: Forever Entertainment
Wydawca: Forever Entertainment
Data wydania: 25 października 2017 r.
Dystrybucja: cyfrowa
Waga: 726 MB
Cena dla Switcha: 39.99 PLN

Reklamy