O ile na ostatnio recenzowanej przeze mnie chodzonej bijatyce – Squareboy vs Bullies: Arena Edition, srogo się zawiodłem, tak na horyzoncie pojawiła się inna produkcja, która może spełnić moje wymagania. Czy Wulverblade sprawi, że znów poczuję się jak dzieciak wydający całe kieszonkowe na automacie w przyjezdnym wesołym miasteczku?

Jest rok 120, rzymska armia wzięła pod swoje panowanie południe Brytanii. To jednak dopiero jej pierwszy krok w celu całkowitego podbicia wyspy, więc 9. legion nie ustaje w krwawym marszu. Na jego drodze staje Caradoc, rdzenny mieszkaniec tych ziem, w którym drzemie wielka siła. Wie jednak, że sam nie pokona Rzymian, więc stara się zjednoczyć żyjące na północy plemiona, by zgładzić przeciwnika. Rozwinięcie tej historii jest proste jak drut, ale za to sposób jej opowiedzenia jest bardzo ciekawy. Każdy poziom zaczyna ręcznie rysowane intro i kończy takie samo outro, co nadaje świetnego klimatu. Oprócz tego w trakcie rozgrywki zobaczymy interakcje postaci, dzięki czemu czujemy, że opowieść trwa bez przerwy, a nie tylko jest przerywnikiem pomiędzy etapami. Wszystko to dopełnia zawartość dodatkowa w postaci opisów miejsc i wydarzeń historycznych.

DNaxRx0U8AAai3Q.jpg large.jpg

Zanim wyruszymy w bój, musimy podjąć bardzo ważną decyzję – kim chcemy sterować. Do dyspozycji mamy troje bohaterów: silnego, ale wolnego Brennusa, jego przeciwieństwo w postaci dzielnej Guineverei, a także wyważonego Caradoca. Ostatecznie wybór jest dość symboliczny, ponieważ różnic w czasie gry się nie odczuwa aż tak bardzo. Dalej to już klasyka gatunku, którą sam poznawałem w dzieciństwie na automatach, czyli chodzona bijatyka 2,5D. Nie ma w niej nic rewolucyjnego, więc dostajemy typowe plansze podzielone na mniejsze odcinki wypełnione falami przeciwników, a na zakończenie etapu musimy zmierzyć się z bossem.

DNawZIKVAAA7o5W.jpg large

Przedzierać się przez hordy wrogów będziemy za pomocą kilku podstawowych ataków, na których oprzemy naszą strategię. Na mapach dodatkowo będą porozrzucane i poupuszczane „bronie”, które dzielą się na dwie kategorie. Pierwszą są przedmioty miotane, a zaliczają się do nich różne toporki, noże czy kończyny przeciwników. Bardziej użyteczny będzie oręż dodający bohaterowi dodatkową akcję. Bronie te mają większy zasięg oraz zadają większe obrażenia, ale za to nie można z nimi biec. Poza tym oberwanie od przeciwnika może wytrącić nam ją z rąk, a nadużywanie jej karane jest jej destrukcją.

DNawL-uUMAAqIzk.jpg large.jpg

Przyjmowanie ciosów od przeciwników oczywiście wiąże się z utratą życia obrazowanego paskiem. Uzupełnia się na trzy sposoby. Pierwszy to znalezienie pokarmu, takiego jak kurczaki z rożna czy jabłka, które odnawiają określoną ilość życia. Drugim oczywistym sposobem jest przejście rozdziału, bo kolejny zaczynamy w pełni zdrowia. Ostatni natomiast połączony jest z dość istotną mechaniką. Nasz bohater, siekając wrogów, ładuje pasek gniewu. Napełnienie go pozwala aktywować szał bojowy, podczas którego jesteśmy szybsi, silniejsi, piękniejsi, a dodatkowo regeneruje się nam życie. Dbanie o zdrowie jest o tyle istotne, że trzykrotna śmierć powoduje cofnięcie albo do początku planszy, albo do checkpointu ustawionego w połowie planszy.

DNaw3MwU8AATEqQ.jpg large

Warto też wspomnieć o rodzajach przeciwników. Mamy tu pełnych ich przekrój dostosowany pod umiejscowienie akcji, a więc pojawiają się różni dzikusi, rzymscy legioniści czy nawet skrytobójcy. Raz więc będziemy przedzierać się przez łuczników, raz przez gardę z tarcz, a innym razem, który najbardziej odcisnął się w pamięci, unikać rozdeptania przez jazdę konną. Oczywiście nie zabraknie też miksu różnych typów wrogów. O bossach można w sumie napisać tylko tyle, że są w porządku. Nie trzeba szukać na nich jakichś wyszukanych sposobów, po prostu mają potężne ataki i znacznie większą ilość życia.

DNawxolUQAISexN.jpg large.jpg

Dodatkowe rzeczy, nie wpływające na rozgrywkę, ale warte wspomnienia, to chociażby rankingi. Za zabijanie przeciwników i zbieranie kosztowności nabijamy sobie punkty, a ich suma z końca każdego etapu daje nam szansę dostać się do topki najlepszych lokalnych osiągnięć. Kolejnym dodatkiem jest coś à la muzeum. Możemy w nim znaleźć informacje o używanych do tej pory broniach czy już wspomnianych faktach z historii. Dla osób, którym nie podoba się podejście Nintendo do trofeów, miłą wiadomością będzie wsparcie tego ficzera bezpośrednio w grze.

DNaweBmU8AAtID3.jpg large

Jeśli interesuje Was zapoznanie z Wulverblade, warto „wyposażyć” w osobę towarzyszącą. Produkcja podczas gry jednoosobowej i dwuosobowej nie różni się niczym – w obu przypadkach mamy taką samą liczbę przeciwników do pokonania, którzy są tak samo odporni na ataki. Dochodzi przez to do sytuacji, że grając samodzielnie, męczymy się już w pierwszym rozdziale, natomiast przy grze ze znajomym ciągle czujemy wyzwanie, ale jest ono odpowiednio wyważone. W ogóle Wulverblade świetnie spisuje się do kanapowego multi, a joycony wystarczają do poprawnej rozgrywki. Z kumplem w jednym podejściu przegraliśmy ponad trzy godziny, a bateria ciągle trzymała. Problemem był tylko ostatni rozdział, ponieważ… W sumie napiszę tylko tyle, że zyskujemy trochę zabawy, ale tracimy na czytelności postaci.

DNavZ_TUEAAhKAy.jpg large.jpg

Oprawa audiowizualna to kolejny atut Wulverblade. Mimo zastosowania ręcznie rysowanej grafiki brutalność produkcji jest bardzo obrazowa i nie staje się komiczna. Świetnie oddany klimat czy interakcje w drugim planie to tylko część smaczków, które czekają na nas w czasie gry. Równie świetne i świetnie współgrające jest audio. Jedynie, co mi nie odpowiadało, to zbyt cichy soundtrack, ale mam wrażenie, że szukam tym dziury w całym.


OPINIE


Arst:

Wulverblade to świetna gra w starym stylu. Jeśli ktoś ogrywał takie produkcje w dzieciństwie na automatach, w rozgrywkę wciągnie się od pierwszej minuty. Jedyne zarzuty, jakie mam do niej, to poziom trudności oraz ewentualnie zbyt mała czcionka we wstawkach filmowych. Na szczęście twórcy pracują nad poprawką eliminującą obie te niedogodności. I dobrze, bo póki co produkcja świetnie nadaje się do gry dla dwóch graczy, natomiast zabawa solo to koszmar – ładny i wciągający, ale właściwie niemożliwy do przejścia. Jeśli więc macie z kim grać, możecie kupować od razu, w innym przypadku radzę poczekać na patch.

Ocena: 9/10


Quithe:

Trzy godziny, które spędziłem w Wulverbladzie, grając razem z Arstem, dały mi masę frajdy! Świetna oprawa graficzna i muzyczna idealnie pasowały do zamysłu osadzenia gry właściwie na początku naszej ery. Dodatkowo fabuła też została interesująco przedstawiona. W kwestii rozgrywki ciekawe było przechodzenie produkcji we dwóch. Chyba tak naprawdę po raz pierwszy miałem okazję bawić się w ten sposób z kimś obok, i tu trzeba przyznać, że Switch sprawdza się bardzo dobrze przy takich akcjach. Mimo, wydawałoby się, małego ekranu, wszystko było czytelne, a gra na Joy-Conie nawet wygodna. Sama rozgrywka była bardzo miodna, a na dodatek stanowiła niemałe wyzwanie (szczególnie ostatni boss sprawił nam sporo problemów). W tym miejscu pojawia się też pewien problem – przy grze solo trzeba naprawdę wymiatać, żeby Wulverblade’a ukończyć. Na szczęście w drodze jest patch z mniejszą trudnością i zwiększający liczbę checkpointów. Z tymi dodatkami mordowanie Rzymian i ich pomagierów stanie się niemal idealną produkcją. Niemal, bo wkradło się kilka małych minusów, np. mylenie prowadzonych postaci pod koniec gry w co-opie, bieg działający tylko w jednej płaszczyźnie czy czasem mało czytelna ścieżka, którą musimy podążyć w głąb levelu. Są to jednak drobnostki, do których się przyzwyczajamy w trakcie zabawy, więc spokojnie mogę polecić tę produkcję wszystkim.

PS. Rzucanie odciętymi głowami i rękami wymiata!

Ocena: 9/10


Ocena końcowa: 9/10


Serdecznie dziękujemy Fully Illustrated
za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego gry


Producent: Fully Illustrated/Darkwind Media
Wydawca: Darkwind Media
Data wydania: 12 października 2017 r.
Dystrybucja: cyfrowa
Waga: 2,5 GB
Cena dla Switcha: 66,8 PLN

Reklamy