Niezależna produkcja małego studia Arcade Distillery już na pierwszy rzut oka wyróżnia się spośród miliona innych indie-popierdółek. Głównie dlatego, że obiecuje nam rozgrywkę złożoną z niecodziennego połączenia gatunków, a do tego zdecydowanie przyciąga uwagę wysokiej jakości stylem graficznym. Ale czy gra rzeczywiście jest tak interesująca, jak się wydaje?

Recenzję napisała KotStation

Produkcja przenosi nas do trawionego zarazą świata, którego wygląd inspirowany był stylistyką steampunkową. Wejdziemy w niej w skórę doktora pracującego w jednej z nielicznych już zdrowych osad. Nasz łapiduch podejmuje się wyprawy do miasta, nie wiedząc, czy ktoś tam jeszcze żyje, czy może stało się już tylko cmentarzyskiem ofiar śmiertelnej epidemii. Po drodze ratuje tych, którzy przetrwali i stamtąd uciekli, a sam prze naprzód. Na tym kończy się obecność fabuły w rozgrywce. Sam zarys jest na tyle interesujący, żeby zaciekawić, więc szkoda, że twórcy kompletnie nie wykorzystali potencjału tego świata. Nawet mijani co jakiś czas po drodze NPC nie mówią za dużo o uniwersum, a i otoczenie nijak nie fascynuje.

Za to trzeba uhonorować twórców za część graficzną – plastyczna, malownicza stylistyka jest zdecydowanie najlepszą częścią gry i sama z siebie jest warta uwagi. Steampunkowe inspiracje uwidaczniają się przede wszystkim w wyśmienitym designie głównego bohatera, wrogów oraz reszty postaci. Wysmakowane projekty przykuwają spojrzenie nie tylko ze względu na samą ich jakość, ale także wspaniałą grę kolorów. Również tła i otoczenie początkowo wywołują lekki wizualny zachwyt. Utrzymana w paletach niezdrowych zieleni i żółci wszechobecna roślinność oraz krwistoczerwone nieba robią wrażenie; natomiast utrzymana w apokaliptycznym nastroju ścieżka dźwiękowa podbija klimat, chociaż od razu widać, że nie miała ambicji być czymś ponad zwyczajną muzykę tła, którą zapomina się od razu po wyłączeniu gry. Nieco gorzej wypadają elementy interfejsu, które wydają się być nieco toporne, niedopasowane. Nie jest to specjalnie uciążliwa sprawa, bo znacznie poważniejsze są kwestie samego gameplayu.

Plaga dotekstu3

Plague Road teoretyczne jest połączeniem strategicznego, turowego RPG-a oraz side-scrollowej bijatyki, który dodatkowo inkorporuje również elementy gier rogue-like. Brzmi intrygująco, prawda? Niestety wykonanie nie jest już tak ekscytujące, jak sam pomysł. Cały czas w grze spędzamy na eksploracji losowo generowanych, dwuwymiarowych plansz oraz nieustannych walkach, by w którymś momencie dotrzeć do kolejnego obszaru, delikatnie różniącego się od poprzedniego napotykanymi przeciwnikami. W międzyczasie „zbieramy” ludzi, którzy przetrwali zarazę, oraz otwieramy skrzynie. Ludzie należą do jednej z kilku klas postaci (na przykład żołnierz, wiedźma, inżynier itd.), jednak każda osoba, mimo przydzielonego jej fachu, ma inne statystyki oraz główną umiejętność. Później możemy złożyć z nich pięcioosobową drużynę, która będzie wyruszać na kolejne ekspedycje. W trakcie tych eskapad spotkamy NPC-ów, którzy czasem dadzą nam zlecenie, to znaczy zażądają „przyniesienia” im konkretnych postaci, w zamian za co otrzymamy ulepszenie do naszej bazy wypadowej.

Plaga dotekstu2

Warto w tym momencie wspomnieć o samej walce. Jak już było powiedziane, to typowa turówka – na małej planszy podzielonej na kwadratowe pola po kolei wykonują działania członkowie drużyny gracza i drużyny przeciwnej. Każda z postaci ma do wyboru trzy możliwe akcje: przeczekać kolejkę, spożytkować jakiś przedmiot (w praktyce oznacza to tylko odnawiającą punkty życia lub staminę miksturę) lub użyć jednej z maksymalnie dwóch umiejętności. Nie daje to zbyt wielu możliwości strategicznych, zresztą, nie są one w ogóle potrzebne, bo starcia nie prezentują żadnego wyzwania, czy to ze względu na małe pole manewru, czy przez zerową inteligencję przeciwników, którzy po prostu atakują losowe postaci z drużyny gracza, na dodatek siła ich ataki nie jest w stanie ani trochę nam zagrozić. Krótko mówiąc, walki są po prostu nudne i zaczęłam mieć ich dość już po pół godziny rozgrywki. Sprawę pogarsza fakt, że twórcy nie pokusili się o jakikolwiek system gratyfikacji. Jedyne, co zyskujemy po wygranym starciu, to listki, które możemy wykorzystać do stworzenia konkretnych mikstur. Nie ma tu levelowania, lootu, niczego, co pozwoliłoby poczuć postępy w grze. Zresztą, monotonia jest zasadniczym grzechem tej gry. Stylistyka szybko przestała mnie zachwycać, gdy uświadomiłam sobie, że oglądam właśnie kolejną, bliźniaczą planszę, która różni się tylko rozmieszczeniem skrzyń oraz uratowanych, przez co eksploracja całkowicie traci sens. Nieliczna ilość typów przeciwników również wpływa na szybko pojawiające się uczucie znudzenia.

Przydałoby się jeszcze trochę powiedzieć o roli, jaką pełni nasza „baza wypadowa”, czyli wspomniana na samym początku wieś. Możemy ulepszać znajdujące się w niej budynki poprzez poświęcanie uratowanych ludzi. Gdy już zostaną rozwinięte o kolejny poziom, umożliwią np. polepszenie statystyk doktorowi lub udostępnienie nowego skilla dla danego typu postaci. Dzięki temu ma się jakąkolwiek motywację do tego, by w ogóle wyruszać na ekspedycje i uczestniczyć w tych monotonnych walkach.

Plaga dotekstu4

Podsumowując, chociaż Plague Road kusi wyjątkową stylistyką, poza nią oferuje tylko walkę, która nie jest specjalnie zajmująca. Brak wynagrodzenia po starciu zniechęca, niski poziom trudności nuży, nie ma też czego eksplorować ani żadnego wątku fabularnego, który by nadrobił te wady. Można czerpać z gry jakąś minimalną przyjemność, bo da się w to w ogóle grać, ale po co, skoro zwyczajnie nie się nie chce?


Ocena: 4/10


Serdecznie dziękujemy Arcade Distillery
za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego gry


Producent: Arcade Distillery
Wydawca: Arcade Distillery
Data wydania: 19 września 2017 r.
Dystrybucja: cyfrowa i fizyczna (Limited Run Games)
Waga: 70,5 MB
Cena: 84 PLN

Reklamy