Full Throttle, czyli w tłumaczeniu na polski Na pełnym gazie, to kolejna zremasterowana produkcja od LucasArts w której palce maczał Tim Schafer. Po dobrze przyjętych odświeżonych wersjach Grim Fandango i Day of the Tentacle nie mogliśmy odpuścić sprawdzenia i tej pozycji.

Napisał: Arst

Fabuła skupia się na szefie gangu motocyklowego o wdzięcznej nazwie Polecats. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że mamy rok 2040, a klasyczne pojazdy zostały niemal w pełni wyparte przez maszyny antygrawitacyjne. W tych trudnych czasach już tylko Corley Motors robi części do motocykli, i to tylko dzięki swojemu prezesowi i jego zamiłowaniu do jednośladów. Pewnego dnia przypadek chciał, że gang naszego protagonisty, Bena, zostaje wmanewrowany w eskortę sędziwego już prezesa korporacji Malcolma Corleya w drodze na spotkanie z udziałowcami. Niestety podczas postoju szef wszystkich szefów zostaje zabity, a wina spada właśnie na Polecatsy. W ten oto sposób zostaje zawiązana akcja opowieści o walce o swoje ideały, które niekoniecznie pasują do zastanej rzeczywistości, oraz o sprawiedliwość.

LucasArts, umieszczając w swojej grze motocyklistów, świetnie poradziło sobie z oddaniem klimatu tej subkultury. Przede wszystkim gra broni się dialogami, w których nie ma co szukać prostych dowcipów rodem z filmów Disneya. Jest wręcz przeciwnie. Banana na mordzie będziemy mieli od absurdalności i wulgarności tekstów. Wyklinanie się postaci to też tutaj norma. A jeśli nie bawi Was wysadzanie małych króliczków celem przejścia przez pole minowe, nie macie czego szukać w tej grze, ponieważ zrazicie się już na początku. Ekipie pracującej nad grą udało się też zachować delikatną równowagę między ilością wulgarności i brutalności, dzięki czemu nie czujemy przerostu formy nad treścią. Istotna w fabule jest także próba przemycenia między wierszami wielu życiowych prawd oraz pokazanie, że Ben, niby taki wielki i niebezpieczny przywódca gangu, twardo stąpa po ziemi i jest porządnym chłopem. Nawet w końcówce gry scenarzyści nie poszli w kierunku walki jeden przeciwko światu, co teoretycznie byłoby naturalnym kursem dla takiego protagonisty. Za to dostajemy postępowanie według planu, absurdalnego, ale jednak planu. Zaskakujące jest też zakończenie, które również nie należy do typowych i przy tym idealnie pasuje do całej koncepcji.

Napisał: Quithe

Na pełnym gazie gatunkowo jest przede wszystkim przygodówką typu point’n’clik. Przekłada się to oczywiście na zbieranie różnych przedmiotów, łączenie ich z innymi, przyglądanie się otoczeniu oraz interakcje z nim. Nie brakuje też prowadzenia dialogów z przeróżnymi postaciami, wyciągania z nich potrzebnych informacji, a także wybierania właściwych odpowiedzi, by popchnąć akcję do przodu. Jednak w porównaniu z innymi produkcjami tego typu, nad którymi pracował Tim, tym razem elementy te są nie są jedną osią gameplayu. W związku z tym rozmów jest trochę mniej, a zagadki nie są tak pokrętne. Oczywiście w niektórych miejscach nadal trzeba się bardziej wysilić umysłowo oraz spróbować różnych kombinacji, by ruszyć dalej, bo z dialogów tych rozwiązań nie dostaniemy. Ewentualną, dodatkową przeszkodą może być znalezienie odpowiedniego punktu interakcji, gdy jest częścią większego elementu. W kilku miejscach także trzeba działać szybko, a gdy gra się za pomocą analoga, może to sprawić trochę problemów.

Drugą osią rozgrywki stały się wstawki bardziej zręcznościowe – poruszanie się po autostradzie na motocyklu i wzięcie udziału w demolition derby. W pierwszej możemy poruszać się tylko w lewo i prawo, ale, a właściwie przede wszystkim, walczyć z członkami innych klubów motocyklowych. W tych pojedynkach musimy wykazać się nie tylko dobrym wyczuciem czasu w przywaleniu przeciwnikowi, ale też w doborze broni. W derby przemieszczamy się samochodem po arenie i na szczęcie dzieję się to tylko raz. A na szczęście, bo ta zabawa jest strasznie toporna… Gdybyście mieli wątpliwości, czy takie „innowacje” w p’n’c są na miejscu, to odpowiedź brzmi tak, a już na pewno w przypadku tej produkcji. Część przygodowa i zręcznościowa zostały ze sobą bardzo dobrze wymieszanie oraz przeplecione. Poza tym pomysł ten świetnie współgra z koncepcją podanej nam historii, która czasami nawet przewiduje dla Bena opcję śmierci.

Napisał: Szponix

Full Throttle zadebiutowało dwadzieścia dwa lata temu, a „dziś” pojawia się remaster. Znam wielu ludzi, którzy boją się takich tworów, ponieważ nowa oprawa graficzna potrafi zabić cały oryginalny klimat, i sam do takich osób należę. Na szczęście w tym wydaniu gry Double Fine postanowiło zaimplementować dwie wersje graficzne. Pierwsza to oryginalna, znana z pierwowzoru, lekko pikselowa oprawa. Druga jest nowa, narysowana od zera na podstawie oryginału. Wersja pierwsza ma dawny format 4:3, co skutkuje tym, że na vitowym ekranie po bokach mamy niewielkie czarne paski. W remasterze nie tylko dodano wyższą rozdzielczość, ale też zmieniono format na 16:9, więc graficy nie tylko musieli wygładzić wszystkie wcześniej elementy otoczenia, ale też poszerzyć scenerię, by w pełni wypełnić ekran. Wyszło im to świetnie, bo wszystko wygląda bardzo ładnie. Dialogom (dokładniej odpowiedziom do wyboru) dodano ciemne tło, które może Wam przeszkadzać przy niektórych foliach ochronnych, które nieco przyciemniają obraz. W wersji oryginalnej nie ma tego problemu, bowiem widać tylko linijki z tekstem, bez zbędnej ramki. Przyczepić się można także do samego kursora, który w świeższym wydaniu wychodzi dość mocno poza ekran konsoli. Problem ten pojawia się jednak także w innych point’n’clickach, jak choćby w Machinarium. Vitowy Full Throttle oferuje dwie możliwości sterowania – dotykowe oraz fizyczne. Oczywiście to pierwsze jest o tyle niewygodne, że zasłaniamy sobie część ekranu podczas wyboru opcji (zobacz, użyj, uderz itp.), ale dzięki implementacji dwóch form, każdy znajdzie coś dla siebie. W samych opcjach możemy zmienić język gry, napisów oraz włączyć je (domyślnie są wyłączone, o czym warto pamiętać), a także skomponować ustawienia po swojemu, np. wybierając zremasterowane udźwiękowienie oraz oryginalną otoczkę graficzną. Pod względem technicznym nie można grze zarzucić zbyt wiele. Wersja oryginalna oraz zremasterowana działają bardzo dobrze, a w tej drugiej widać polepszone animacje, co zdecydowanie można zaliczyć na plus. Pojawiają się jednak delikatne spadki płynności podczas minigier i przy wczytywaniu lokacji. Na szczęście nie jest to coś, co mogłoby odstraszyć od gry lub zepsuć zabawę z nią. Reasumując, oprawa audiowizualna jest na naprawdę wysokim poziomie, a jej drobne wady w niczym nie przeszkadzają.


OPINIE


Arst

Fakt pierwszy: w latach ‘90 powstało najwięcej przygodówek; teraz mało co powstaje.

Fakt drugi: LucasArts lubował się w nich i świetnie mu wychodziły.

Fakt trzeci: wielu dzisiejszych graczy nie zna tych tytułów.

Z połączenia tych trzech faktów wychodzi jedno: kolejny remaster od LucasArts! A tak na serio, ja się nimi jaram, ponieważ o części tych tytułów tylko słyszałem i nie miałem okazji w nie zagrać. Fabularnie te produkcje się nie zestarzały, i, co najważniejsze, nie zostały zmienione. W remasterach dostajemy tylko nowe szaty, dzięki czemu nie straszą pikselami. I tak właśnie jest z Full Throttle. Chociaż nie, jedną rzecz mogli poprawić – derby (kto zagra, będzie wiedział, o co chodzi) – poza tym jest genialnie.

OCENA: 8/10


Quithe

Spośród wszystkich czterech przygotówek wydanych na Vicie przez Double Fine Full Throttle zdecydowanie jest najłatwiejszy i najkrótszy. Nie zmienia to jednak faktu, że daje sporo frajdy przy ogrywaniu. Łatwiejsze zagadki sprawiają, że nie utyka się na całe dnie, próbując rozwiązać pokręcone zadanie, a dodane wstawki zręcznościowe urozmaicają rozgrywkę. Poza tym twórcy bardzo dobrze przemyśleli przejścia pomiędzy klikaniem, jeżdżeniem, walkami i filmowymi wstawkami fabularnymi. Sama fabuła jest lekka, zabawna (choć nie wywołuję głośnych wybuchów śmiechu) i dobrze poprowadzona. Wcielenie się w członka klubu motocyklowego i słuchanie ostrzejszej muzyki w tle zdecydowanie było miłą odmianą. Gorzej niestety wygląda stosunek ceny do długości, bo 63 PLN za 3-8 godzin gry (wiele zależy od tego, czy gramy z poradnikiem) to dość sporo. Jeśli jesteście fanami gatunku lub produkcji Tima Schafera, cena Was tak nie zaboli, ale jeśli jedna bądź obie kwestie Was nie dotyczą, lepiej poczekajcie na jakąś promocję.

OCENA: 8/10


Szponix

Przygodówki point’n’click towarzyszą mi od najmłodszych lat. Za dzieciaka łykałem je jak pelikan. Uwielbiałem spędzać wieczory przy Agencie Gliniarzu, Ace’ie Venturze, Jacku Orlando czy w końcu przy Syberii. Niestety nie dane mi było poznać jeszcze starszych produkcji, do których należy m.in. recenzowany Full Throttle. Przyznam, że nie czułem jakiegoś wielkiego hype’u podczas uruchamiania gry, ale na szczęście szybko się wciągnąłem. Ta krótka, około czterogodzinna przygoda utkwiła mi w pamięci i zapewne długo będę ją jeszcze miło wspominał. Ciekawa oprawa audiowizualna (zarówno oryginalna, jak i zremasterowana), a do tego naprawdę wciągający scenariusz udowadniają, że warto zapoznać się z tą pozycją jak najszybciej. Specjalnie też zaznaczę, że Full Throttle nie jest grą idealną. Mnie irytowały etapy zręcznościowe (jakoś nie widzę ich w p’n’c), a sam czas potrzebny na zaliczenie nie powala. Na pewno nie jest to poziom Syberii¸ ale wciąż otrzymujemy kawał porządnej, nawet dość humorystycznej produkcji. Polecam, choć nie za premierową cenę (i to niezależnie, czy graliście w oryginał, czy może będzie to Wasz pierwszy kontakt z dziełem LucasArts).

OCENA: 7/10


Zalety:

  • Dwie oprawy graficzne i dźwiękowe do wyboru
  • Ciekawy scenariusz

Wady:

  • Derby
  • Czas potrzebny na ukończenie gry
  • Szkoda króliczków…

Ocena: 7.7/10


Serdecznie dziękujemy Double Fine
za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego gry


Producent: LucasArts, Double Fine
Wydawca:
Double Fine Productions
Data wydania:
18 kwietnia 2017 r.
Dystrybucja: cyfrowa
Funkcje crossowe: -buy z PS4
Waga: 3,2GB (z patchem)
Cena: 63 PLN

Reklamy