Miłość jest darem od przodków, a bezwzględność sprezentowała nam ludzkość. Takimi oto, dającymi do myślenia słowami wita nas tajemniczy jegomość w równie enigmatycznym hotelu, w którym nasz główny bohater się budzi. Z bólem głowy, tysiącem pytań bez odpowiedzi i szwankującą pamięcią musi odnaleźć Shirley. Oczywiście przeszukanie obiektu nie będzie prostym zadaniem.

DYING: Reborn nie jest typowym horrorem, a już na pewno nie można porównać go do żadnego innego tworu wydanego na naszej konsoli przenośnej. Przygodę rozpoczynamy od pobudki w dziwnym hotelu. Po kilku minutach tajemniczy jegomość kontaktuje się z nami za pomocą telewizora i oświadcza, że musimy tańczyć tak, jak nam zagra, bowiem w przeciwnym wypadku nie ujrzymy już Shirley. W związku z tym, jako Mathew, kolejno próbujemy wydostać się z sześciu pomieszczeń oraz odszukać Shirley. Przy okazji może uda mu się dowieść, gdzie znajduje się i kim jest ten psychopata.

Gra podzielona została na sześć etapów, przy czym każdy z nich to inne, niewielkie pomieszczenie. W każdym z nich tajemniczy jegomość przygotował dla nas mniej i bardziej skomplikowane łamigłówki. Aby je rozwiązać, musimy zbierać przedmioty, analizować otoczenie i w umiejętny sposób łączyć fakty. Od czasu do czasu usłyszymy potencjalnego porywacza, który będzie próbował nas wodzić.

Zasadniczo cały gameplay sprowadza się do szukania przedmiotów i łączenia ich ze sobą lub z innymi obiektami. I tak po sznurku dotrzemy do kłębka. Dla przykładu, musimy zdobyć notatkę, dzięki której otrzymamy szyfr do sejfu. Po otwarciu go zobaczymy dziwny, z pozoru niepasujący do niczego przedmiot, jednak gdy użyjemy go z odpowiednim obiektem, odkryjemy kolejną tajemnicę. Po kilku podobnych działaniach będziemy mogli opuścić pokój i rozpocząć kolejny etap naszej jakże dziwnej gry. I tak przez mniej więcej pięć godzin, bo tyle czasu powinno zająć nam zaliczenie całej gry. Nie jest to jakiś rewelacyjnie długi czas, ale spokojnie można określić go mianem wystarczającego. Podczas przeszukiwań szafek, półek, biurek i innych skrytek nie raz odkryjemy karteczki z zapiskami. Będą znajdowały się na nich mniej i bardziej istotne informacje zostawione dla kolejnych interesantów, a nawet pokoleniom. I takie właśnie dane możemy znaleźć w tych notatkach – wskazówki, konkrety, ciekawostki lub informacje, które przybliżą nas do Shirley.

Pewnie zastanawiacie się, dlaczego jeszcze nie napisałem nic o elementach horroru. Niestety mam dla Was bardzo złą wiadomość – w 90% gry próżno ich szukać. Jasne, poruszamy się po mrocznych, ciemnych pomieszczeniach, a w tle przygrywa nam klimatyczny utwór. Niestety nie jest to nic, co mogłoby przerazić na dłuższą metę. Gra po prostu została umiejscowiona w miejscu, które może wywołać niepokój, pomysł na fabułę ma podobny zamysł, ale jest to bardziej lekko dawkowana groza niż przerażający horror.

Oprawa wizualna znacznie różni się od tej na PS4, mimo zapewnień twórców, że są to identyczne wersje. Na szczęście vitowa jest mroczniejsza, obiekty nie świecą się tak jak w przypadku wydania na konsolę stacjonarną, dzięki czemu mamy wrażenie, że dawno nikogo tu nie było. Na niekorzyść przenośnej odsłony działa mniejsza czytelność napisów, brak szczegółów, np. pajęczyn; oraz brak animacji (m.in. kamery na ścianie). Są to jednak szczegóły i zasadniczo śmiało można powiedzieć, że vitowej odsłonie pogorszenie oprawy wizualnej wyszło na plus. To chyba pierwszy taki przypadek, czyż nie?

Przez większość gry w tle usłyszymy jeden, zapętlony (ze słyszalnym miejscem pętli, niestety) utwór, choć naprawdę klimatyczny. W pewnym momencie tempo przyspiesza, ale niestety tylko na chwilę, by w kolejnym akcie powrócić do standardowego. Co jakiś czas przerazić nas mogą donioślejsze dźwięki wydawane przez obiekty z otoczenia, ale nadal nie jest to coś, dzięki czemu DYING: Reborn można by nazwać horrorem.

DYING: Reborn nie jest horrorem, ale za to oferuje nam genialną rozgrywkę bazującą na grze logicznej osadzoną w mrocznej scenerii opuszczonego hotelu, w której mierzymy się z pomysłami psychopaty. Podczas zabawy czułem się, jakbym znalazł się w filmie Split – nieznany budynek, nigdy nie wiadomo, co pojawi się za rogiem, a do tego jakiś enigmatyczny typ wodził mnie za nos. Pozycję (grę, ale w sumie film także) GORĄCO polecam każdemu, bowiem scenariusz, a zwłaszcza zakończenie, funduje jednego wielkiego maindfucka. To, co zdarzyło się w finale, pozostanie w mojej głowie jeszcze przez bardzo długi czas, a na jego wspomnienie nie raz poczuję dreszcze, tyle że nie ze strachu. Nie pozostaje mi nic innego, jak zaprosić Was do tego świata logicznych i spójnych łamigłówek. Odkryjcie na własną rękę wszystkie tajemnice LAST HarbOUR (pisowania celowa).


Zalety:

  • Oryginalna gra logiczna
  • Gierki „przewodnika”
  • Ciekawa lokacja

Wady:

  • Nieco za prosta (na dłużej utknąłem tylko trzy razy)
  • Trochę zbyt droga
  • Za mało horroru w tym wszystkim
  • Niespełniona obietnica twórców, że vitowa wersja jest identyczna z wydaniem na PS4 (nawet w zawartości, bowiem w jednym miejscu na PSV jest ściana, a na PS4 w tym samym jest wnęka. Co więcej, na PSV nie występuje maska ryby znana z materiałów promocyjnych!)

Fabuła: 8.5
Grafika: 8
Muzyka: 6.5
Gameplay: 9

Ocena: 8/10


Serdecznie dziękujemy Oasis Games
za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego gry


Producent: Nekcom
Wydawca: Oasis Games
Data wydania:
12 kwietnia 2017 r.
Dystrybucja: cyfrowa
Funkcje crossowe: -buy z PS4 i PS VR (tylko w wydaniu Ultimate Bundle)
Waga: 1,3 GB
Cena: 61 PLN (99 PLN w wydaniu Ultimate Bundle, które dodaje funkcję Cross-Buy)

Reklamy