Ktoś musi być Salierim, aby ktoś inny mógł być Amadeuszem…

Recenzję napisał Szymbar (tekst zajął 2. miejsce w konkursie reckowym)

Steins;Gate jest uznawane za jedną z najlepszych visual novel. Doczekało się bardzo wysokiej jakości adaptacji w formie anime, a liczne porty sprawiają, że praktycznie na każdym urządzeniu możemy przeżyć jedną z najbardziej wzruszających przygód wszech czasów. Co takiego przyciągnęło do tego tytułu rzesze fanów? Niebanalne postaci, z których problemami możemy się identyfikować? Genialna muzyka skomponowana przez Takeshiego Abo, którego kunszt dostrzec można także i poza serią Science Adventure, w grach, takich jak Never 7: The End of Infinity czy Ever 17: The Out of Infinity? Każdy, kto dał szansę produkcji, ma swój własny powód sprawiający, że Steins;Gate siedzi głęboko w jego serduszku. Sequel można by potraktować jako odpowiedź 5pb i Nitro+ na ogromną popularność pierwszej części zarówno w Japonii, jak i na Zachodzie, jednak nazwanie tej gry zwykłym “skokiem na kasę” zdecydowanie nie byłoby wobec niej sprawiedliwe. Mówimy tutaj przecież o Steins;Gate!

Wydana w grudniu 2015 roku w Japonii druga część kontynuuje historię z linii czasowej Beta. To w niej Rintarou Okabe, osiemnastoletni szalony naukowiec posługujący się pseudonimem Kyouma Houoin, decyduje się porzucić plan oszukania przeznaczenia i godzi się z utratą miłości swojego życia – Kurisu Makise. Na przełomie kilku miesięcy załamuje się psychicznie, przestaje odwiedzać swoje własne laboratorium, wymienia biały kitel naukowca na czarną koszulę i porzuca ideały na rzecz życia jak normalny japoński student. Odnajdywanie się w nowej rzeczywistości przerywa mu amerykańska delegacja z laboratorium, w którym pracowała Kurisu, prezentując wykład na temat technik emulacji całego mózgu (WBE). Sceptycznie nastawieni słuchacze z japońskich uniwersytetów wkrótce doznają szoku, gdy okazuje się, że zgranie mózgu do postaci elektronicznej jest możliwe i, co więcej, zostało już kilkakrotnie przeprowadzone! Zaintrygowany protagonista nawiązuje bliższą znajomość z osobami odpowiedzialnymi za projekt, profesorem Alexisem Leskinenem i jego 21-letnią asystentką Maho Hiyajo, aby dowiedzieć, jaki wkład w to miała genialna kobieta, a zarazem jego miłość – Kurisu Makise. Na przełomie kilku dni szalony naukowiec zyskuje zaufanie amerykańskiej ekipy i zostaje zaangażowany w tajemniczy program badawczy nazwany Amadeus. Jego zadanie zdaje się być na pozór proste, musi rozmawiać z wirtualnie wygenerowanym awatarem członka laboratorium Victor Chondria University, którego umysł został zdigitalizowany pół roku wcześniej. Awatarem… Kurisu Makise.

1

Gra składa się z 6 ścieżek, lecz choć różnią się od siebie zdecydowanie, aktywowane są na zasadzie efektu motyla – wystarczy podjąć małą decyzję, a los postaci bądź linia czasu, w której znajduje się główny bohater, diametralnie się zmienia. Nie jestem wielkim fanem tego rozwiązania fabularnego, ponieważ nigdy nie wiemy, jakie konsekwencje przyniesie nasze działanie. Mimo to nie jest aż tak trudno namierzyć te momenty, aby podjąć odmienną decyzję i osiągnąć inny rezultat. Każda z tych dróg fabularnych stara się mieć zupełnie inny wydźwięk – pierwsze zakończenie, na jakie trafiłem, było jedną z najmroczniejszych i najbardziej sadystycznych historii, jakią kiedykolwiek czytałem. Już w połowie byłem wyczerpany emocjonalnie ilością rzucanej we mnie rozpaczy, a z biegiem czasu żal się tylko pogłębiał. Historia o małej wojnie na wielu frontach, wojnie o ideały, wojnie o możliwość godnego życia, wojnie o szczęście, wojnie o miłość przeniknęła mnie do szpiku kości i sprawiła, że jeszcze przed ostatnim aktem odłożyłem swoją Vitę na kolanach, zamknąłem oczy i prawie zebrało mi się na łzy. Ale tego właśnie spodziewałem się po Steins;Gate 0, gra bardzo dobrze maskowała to, że podjąłem złą decyzję i prawie do końca myślałem, że tak właśnie powinno być. Nawet tydzień po przejściu, gdy myślałem o tym zakończeniu, czułem pustkę i przerażenie mistrzowsko poprowadzoną historią rozpaczy.

Druga trafiona przeze mnie ścieżka była przez większość czasu bardziej optymistyczna i przez to, moim zdaniem, wpłynęła na mnie zdecydowanie mniej… a właściwie by wpłynęła, gdyby nie pewien wpleciony epizod, który dotknął emocjonalnie i mnie, i głównego bohatera, motywując nas do dalszej drogi przez cierpienie, aby zmienić przyszłość na lepszą. W pewnym momencie rozwarstwia się ona na trzy inne, w tym również optymistyczną i dającą nadzieję na lepsze jutro w innej linii czasu i drugą, bardzo dobrze tłumaczącą zasady i limitacje świata, rozwijającą kilka postaci i stawiającą nas przed szczątkowo omówionym pytaniem filozoficznym, nie dającym mi spokoju, odkąd skończyłem Steins;Gate. Wolfgang Amadeusz Mozart czy Antonio Salieri? Kto jest kim? Co oznacza ten związek?

2

Piąta i szósta, czyli prawdziwe drogi fabularne, powiązane są ze sobą szeregowo. Moim zdaniem jest to najsłabsza część całej gry, ale nie z powodu złej narracji czy jednowymiarowych postaci. Mam wrażenie, że w pewnym momencie scenarzysta podczas bawienia się fantastycznie dialogami i relacjonowaniem spojrzał na samoprzylepną karteczkę naklejoną na jego monitor z napisem: “nie zapomnij, że wszyscy wiedzą, jak ta gra ma się skończyć”. I dokładnie tak się skończyła, wprawiając mnie w stan rozczarowania.

Liczyłem na to, że może gdzieś jeszcze jest siódma ścieżka, tak mroczna, jak ta pierwsza, tak dotykająca emocjonalnie, jak ten epizod w drugiej, tak pełna nadziei, jak ta trzecia, tak głęboka, jak ta czwarta, ale gdy tylko osiągnąłem platynowe trofeum, zdałem sobie sprawę z tego, że siódma ścieżka odgrywa się… w mojej głowie. To rzadkie uczucie, którego nie doznałem w grach od przejścia Virtue’s Last Reward lata temu, gdy masz klocki, widzisz te klocki, pamiętasz szczegóły, łączysz je ze sobą i dochodzisz do szokujących wniosków. “Zaraz, a może jednak…?” nawiedziło moją głowę dziesiątki razy przez ostatnie kilka dni, za każdym razem rozwijając się w coś zupełnie innego. Mógłbym powiedzieć, że największą wadą tej gry jest to, że… nie żeruje na sukcesie jedynki. Mimo że od początku wiemy, jak prawdziwa ścieżka się skończy, gra i tak nie zdradza nam, co będzie dalej. Zadaje bardzo dużo pytań, a prawie wcale nie odpowiada na te z poprzedniej części. Te niedomówienia sprawiają, że myślenie o nich rozpala moje policzki do czerwoności, a oczy zaczynają błyszczeć.

3

Mam wrażenie, że Steins;Gate 0 jest znacznie mroczniejszą grą niż jedynka, chociaż już pierwsza część przepełniona była masą dramaturgii i wywoływała podobny efekt do krojonej cebuli na niewprawnego kucharza. Chociaż ostateczne zakończenie przez jego przewidywalność nie sprawia, że tarzam się po podłodze, nie mogąc kontrolować mojego oddechu przez zapowietrzenie związane z emocjami (choć mogłem się tarzać po podłodze, śliniąc się jak osoba z wścieklizną za brak mocnego akcentu na koniec), myślę, że fabuła zdecydowanie daje radę i jest po prostu zjawiskowa, choć nie bez wad.

Oprócz zakończenia miałem także problem z kapryśnością rzeczy nazwanej przez wewnątrzgrowy glosariusz “Attractor Field”, czyli zdarzaniem się tych samych wydarzeń w różnych liniach czasowych. Czasami musiałem po prostu klikać skip, bo z jakiegoś powodu okazało się, że już to wcześniej czytałem, natomiast inne elementy, choćby związane z zachowaniem antagonisty, za każdym razem, nawet w podobnych warunkach, zachowywały się inaczej. Sam antagonista okazał się być nudną, jednowymiarową postacią, wtrąconą tylko dlatego, aby Rintarou mógł na różne sposoby spróbować go pokonać. Również późne wydarzenia ze ścieżki, które odblokowały prawdziwe zakończenie, wydawały mi się strasznie przyspieszane i trochę psujące ekspozycję i poznawanie nowego świata, oferując zamiast tego prosty i krótki dialog bez żadnych emocji przed ucięciem aktu.

4

Na wielki plus natomiast zasługuje postać pani naukowiec Maho Hiyajo. W procesie walki z samą sobą głębiej poznaje siebie, zadaje ważne pytania, dorasta poprzez obserwację zachowań własnych i innych. Jest też niesamowicie pocieszna, a patrząc na nią, nie sposób się nie uśmiechnąć. Suzuha Amane, córka Itaru Hashidy and Yuki Amane z 2036 roku, dostaje bardzo dużo ekspozycji, której brakowało w pierwszej części. Jej charakter jest znacznie mocniejszy, widać psychiczne rany spowodowane przez dorastanie pośród wojny, jak i determinację oraz rozżalenie duszone w sobie przez całą pierwszą część. Sam Itaru też przeszedł ważną ewolucję swojego charakteru. Chociaż dalej jest sympatycznym grubaskiem i zboczuszkiem rodem z jedynki, dowiadujemy się, że on też szuka szczęścia, nadziei, radości czy planu na przyszłość. Powolna próba powrotu do dawnego stanu głównego bohatera potrafi zainspirować i daje dużo materiału do przemyśleń do wyobraźni.

Niestety, mam wrażenie, że przez prawdziwe zakończenie zabrakło miejsca do rozwoju postaci Yuki Amane. Z początku sprawiała wrażenie głębokiej postaci szukającej tych samych ideałów co pozostali bohaterowie, choć na swój własny sposób, ale dowiadujemy się o jej obawach tylko raz, przy czym są one są natychmiast zmarginalizowane przez bieg linii czasu i nie ma w tej sprawie nic do powiedzenia. Podobnie Amadeus Kurisu, mimo że dialogi pomiędzy nią a Rintarou są naprawdę ciekawe i momentami przekomiczne, wydaje się tylko spełniać minimum wymaganej obecności. Ostatecznie nie wpływa zbytnio na przebieg fabuły poza przypominaniem głównemu bohaterowi o ciężarze jego win.

5

Muzyka w grze stoi na tak samo wysokim poziomie, co w poprzedniku. Momentami mam nawet wrażenie, że jest jeszcze lepsza niż wcześniej, ale z drugiej strony brakuje mi dodatkowego motywu przewodniego oprócz tego głównego. Remix znanego w prequela utworów wywołał ciarki na całym moim ciele, podobnie Tactics in Confusion, a w szczególności jego początek. Od strony wizualnej już na pierwszy rzut oka można zobaczyć, że nowe sprity zostały znacznie lepiej dopracowane, niż te z pierwszej części. Postaci zdecydowanie bardziej przypominają swoich odpowiedników z anime, co ewidentnie rzuca się w oczy, gdy gra czasami postanowi zarzucić starym spritem Suzuhy lub Kurisu obok nowszego. Na szczęście jest to zdecydowana rzadkość i nie psuje to odbioru całości, przynajmniej dla mnie.

Chociaż mam wrażenie, że moja przygoda ze Steins;Gate 0 jeszcze się nie skończyła i dalej będę widział oczyma wyobraźni różne scenariusze, wydaje mi się, że oferuje ona lepiej rozłożoną w czasie i bardziej złożoną historię niż poprzednik, choć jej zakończenie jest mniej satysfakcjonujące i zostawia nas w całkowicie innym stanie emocjonalnym. Mimo to uważam, że gra warta jest każdego grosza i zdecydowanie chciałbym zachęcić, aby dać się porwać klimatowi Future Gadget Laboratory jeszcze raz, a może okaże się, że ta przygoda stanie się jedną z waszych ulubionych historii wszech czasów?


Plusy:

  • Bardzo dużo pytań, do których odpowiedzi musimy dojść sami
  • Dynamiczny rozwój postaci
  • Epizody silnie wpływające na emocje

Minusy:

  • Zakończenie nie zaskakuje
  • Nadużywanie pseudonauki
  • Niektóre postaci nie zdobyły należytej ekspozycji

Ocena: 9/10


Producent: 5pb, Nitroplus
Wydawca: PQube
Data wydania: 25 listopada 2016 r
Dystrybucja: fizyczna i cyfrowa
Waga: 1.5 GB
Cena: 159 PLN

Advertisements