Wyobraźcie sobie, że bardzo lubicie placki i że dobra istota co jakiś czas przyrządza wam owe placki w różnych wersjach – z innym nadzieniem, z innym sosikiem i w różnych rozmiarach. Czy obrzydną wam w końcu placki, bo nie są, powiedzmy, pierogami? Nie sądzę. Zatem zapraszam na recenzję kolejnej smakowitej odsłony serii Atelier, w której tym razem prześledzimy przygody Eschy i Logy’ego.

Recenzję napisała Nadtechnecjanna

Fabuła jest prosta, ale pociąga za sobą zdumiewająco skomplikowany pod niektórymi względami system rozgrywki. Jesteśmy członkami D&R, komórki rządowej, która czasy świetności zdaje się mieć dawno za sobą. Jej liczebność prezentuje się, mówiąc niezmiernie delikatnie, mało okazale, wykonywane misje są niezbyt ambitne, a reputacja została wdeptana w ziemię. Do tej wspaniałej organizacji rządowej trafia dwoje młodych, ambitnych i pełnych zapału alchemików: Esha, dziewczynka dotychczas zajmująca się głównie zbieraniem jabłek, oraz Logy, chłopak z wielkiego miasta, który niezbyt wie, jak korzystać z tak skomplikowanego obiektu jak kocioł. Od tej chwili zaczyna się nasza wielka przygoda, która ewoluuje od naprawy wiatraka przez wyprawę do mitycznych ruin balotujących gdzieś w pobliżu (ale z dala od zasięgu zeppelinów) aż po ratowanie świata. Co prawda nie będziemy mieli okazji obserwować zdumiewających zwrotów akcji, bo wszystko rozgrywa się dość przewidywalnie, ale mamy całkiem solidną motywację do mieszania w kotle i zbierania zatrutych korzonków – a o to z grubsza w tej serii chodzi.

escha-01

Rozgrywka, jak w większości poprzednich części, została podzielona na okresy czasu, w których zamykają się misje potrzebne, aby przejść dalej i nie wylecieć z hukiem z obiecującej roboty. W związku z tym zawsze otrzymujemy „dużą” misję alchemiczną, której wykonanie warunkuje nasze przetrwanie i mnóstwo malutkich, odsłaniających się kolejno w skomplikowanym systemie zgrupowanych kwadracików. Poza tym od gburowatego miłośnika ciasteczek otrzymujemy misje superpoboczne, za które płaci pieniędzmi i ciastkami – bo ciastka są pyszne. Pod koniec miesiąca wszystkie nasze osiągi zostają zebrane do jednego wora, by poddać je ocenie. Otrzymane punkty przekładają się na wzrost podziwu dla naszej (i rządu, oczywiście) zajebistości, a to z kolei odbija się na wysokość stypendium, czyli, niejako, ryczałtowego pokrycia kosztów następnego miesiąca. Czas nas jakoś specjalnie nie goni. W większości przypadków z głównym zadaniem uwijamy się raz-dwa i resztę okresu spędzamy na wykonywaniu zadań pobocznych, eksplorując, co się da, i napychając koszyki po brzegi.

escha-02

Eksploracja nie odbiega od pozostałych części serii. W podzielonym na małe obszary świecie możemy zebrać typowe dla danego terenu surowce. Lokacje udostępniają się nam kolejno wraz z postępem rozgrywki. Również charakterystyczne dla poszczególnych ekosystemów są potwory, które przechadzają się bez celu po okolicy do chwili, gdy zakłócimy ich spokój. Bitwy są… stosunkowo mało złożone. Opierają się na prostym systemie kooperacji i obrony, oczywiście możemy korzystać z przedmiotów i specjalnych umiejętności, ale, w porównaniu z innymi częściami, czuć, ze jest prościej. Nie dla każdego i nie zawsze jest to wada, ale po prostu zwraca się na to uwagę.
Osobnym, dość zdumiewającym systemem jest ekonomia. Przez całą rozgrywkę nie umiałam się zdecydować, czy to dobrze, że została dodana (zawsze to jakaś odmiana), czy źle (bo niepotrzebnie odrywa od głównego wątku). W każdym razie czasami będziemy musieli zatrzymać się, by uważnie zaplanować stypendia i inwestycje. Strzeżcie się, finansowe lekkoduchy – nie będzie łatwo.

escha-03

Trudno nie zauważyć, że tym razem placki dostaliśmy dwa naraz, co jest ewenementem na skalę całej serii. Do wyboru mamy dwie postaci grywalne, czyli tytułowych protagonistów – Eschę i Logy’ego. Jako że większość czasu spędzają razem, misje mają te same i rozstają się nader niechętnie, toteż ich linia fabularna jest niemal identyczna. Różnice polegają głównie na gameplayu. Escha reprezentuje cały szereg dotychczasowych słodkich, nieco nieporadnych, ślicznych jak z obrazka bohaterek serii Atelier. Jej tryb rozgrywki to alchemia, alchemia, zbieranie, trochę bitew i alchemia. Natomiast w linii Logy’ego więcej nacisku położono na kwestie związane z walką i eksploracją. Różnice są niewielkie i mało istotne, jednak stanowi to miłą odmianę i sprawia, że powtórne przejście całej przygody otrzymuje pewien powiew świeżości. Stosunki między obojgiem bohaterów można w niewielkim stopniu modyfikować, np. poprzez sporadyczną opcję wyboru linii dialogowej, aczkolwiek głębokie interakcje z całą pewnością nie są mocną stroną tej produkcji.

escha-04

Postaci poboczne istnieją i w pewnym sensie prezentują sobą typowy wachlarz japońskich charakterów fikcyjnych, który już nieraz widzieliśmy w tej serii, tylko z innymi imionami. W mojej ocenie postaci poboczne są w tym przypadku bardziej bezbarwne i mniej charakterystyczne niż w poprzednich częściach, które miałam przyjemność dotychczas ogrywać. Oczywiście, są sympatyczne i sprawiają wrażenie dopracowanych, natomiast nie znajduję w nich charakteru, który by mnie zainteresował. Może to kwestia gustu.

escha-05

Grafika nosi wszelkie cechy swoich poprzedników: jest kolorowa, zaokrąglona, pucołowata i niezbyt zróżnicowana. Mapa jest czytelna, menu wygląda OK. Uwagę za to zwraca tym razem nieruchoma kamera. Wiążą się z nią problemy typu „nadziałam się na dużo silniejszego wroga, którego serdecznie pragnęłam ominąć, ale wyskoczył zza krzoków, no i trochę przykro”. Wprawdzie gra kara nas za uśmiercanie naszych bohaterów dość łagodnie, ale pragnęłabym sama wziąć za to odpowiedzialność, bez możliwości zrzucenia winy na zbyt wysoką ruinę. Uchybienia techniczne się zdarzają, i mam tu na myśli głównie spadki jakości animacji oraz brzydkie i proste pola bitew. Poza tym poziom został utrzymany, choć może z leciutką tendencją spadkową.
Przysięgam, nie potrafię w tej chwili powiedzieć, czy w grze istnieje muzyka. Zapewne istnieje, ale jest tak niewiarygodnie niecharakterystyczna i mdła, że rozmywa się jak mydło w płynie. Głosy postaci nie robią wrażenia (poza piskliwymi, raniącymi moje uszy głosikami niektórych dziewcząt), ale wydają się być ok. Aktorzy są w miarę dobrze dobrani, ale szczytu dramaturgii nie osiągają.

escha-06

Podsumowując, Atelier Echa i Logy to gra, którą się pokocha, jeśli kocha się pozostałe Ateliery. Jeśli nie znacie innych odsłon, możecie zacząć od tej – jest nietrudna, sympatyczna i posiada wszelkie znamiona całej serii. Jeśli natomiast gry z tej serii nie przypadły wam do gustu, to nie znajdziecie tu nic nowego. Całość jest lekkostrawna, przyjemna i alchemicznie kolorowa. Dużo kociołków, ładnych dziewczynek, migoczących światełek i przyjacielskich wujaszków. Na długie wieczory niezastąpiona. Albo i zastąpiona – przez inną opowieść o alchemicznych podróżach…


Plusy:

  • Stare, dobre Atelier
  • Dwie postaci do wyboru
  • Czas nie jest aż tak upierdliwy, jak mógłby być

Minusy:

  • Stare, dobre Atelier
  • Mimo dwóch postaci i tak wszystko jest po staremu
  • Nieco niższy poziom grafiki niż poprzednio

Fabuła: 7,5
Grafika: 7,5
Dźwięk: 5,5
Grywalność: 8,5

Ocena końcowa: 8/10


Serdecznie dziękujemy Koei Tecmo Europe
za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego gry


Producent: Gust
Wydawca: Koei Tecmo
Data wydania: 20 stycznia 2016 r.
Dystrybucja: cyfrowa i fizyczna (tylko wydanie limitowane)
Waga: 2,5 GB
Cena: 169 PLN

 

Reklamy