Pomimo że historia Sucker Puncha sięga czasów Nintendo 64, większość młodszych czytelników będzie kojarzyć to studio przede wszystkim z serią InFamous. Zanim jednak nastały lata popularności „NieSławnego”, zespół stworzył dla Sony jedną z najlepszych serii platformowych 3D, jakie miały okazję gościć nie tylko na PlayStation 2, ale na rynku w ogóle. Mowa oczywiście o trylogii Sly’a Coopera. Jednak szop-złodziej i jego kompani nie odeszli po niej w zapomnienie. Nie tak dawno, bo w ubiegłym roku, mieliśmy okazję oglądać na ekranach PS Vita ich nowe przygody, które zostały zaprezentowane w Sly Cooper: Złodzieje w czasie. Jak się okazało, zmiana dewelopera wcale nie wyszła grze na złe i dostaliśmy bardzo udaną platformówkę. Sporą bolączką okazał się jednak fakt, że dla wielu graczy z młodszego pokolenia tytuł ten był jak wyciągnięty z próżni. I właściwie nie powinno to nikogo dziwić, ponieważ odstęp pomiędzy Złodziejami w czasie, a poprzedzającym go Honor Among Thieves to bite osiem lat.

Napisał: Kojin

Okazuje się jednak, że Sony wraz z Sanzaru Games, studiem odpowiedzialnym za Złodziei w czasie, postanowiło załatać tę lukę i wydać zremasterowaną wersję poprzednich trzech odsłon przygód Sly’a także na PS Vita. Wszystkie trzy gry dostępne są w pakiecie The SlyTrilogy, jednak można je również zakupić oddzielnie poprzez PlayStation Store.  Z tegoż powodu, jak i ze względu na fakt, że są to jedne z najlepszych platformówek 3D w portfolio Sony, postanowiliśmy osobno zrecenzować wszystkie trzy tytuły wchodzące w skład pakietu.

Sly Raccoon

Głównym bohaterem gry jest tytułowy Sly. Sympatyczny szop wywodzi się z rodziny Cooperów,  która jest określana mianem najsłynniejszego rodu złodziei. Niestety, jak to w tym fachu bywa, daje o sobie znać porzekadło: „nie ma honoru pośród złodziei”. Pewnego dnia klan staje się ofiarą ataku konkurencji, której łupem pada księga „Thievius Raccoonus” zawierająca najskrytsze tajemnice rodu. Jednak nie to jest najgorsze, w trakcie napadu giną rodzice Sly’a, który w konsekwencji tego wydarzenia trafia do sierocińca. My jednak do akcji wkraczamy wiele lat później, gdy Sly jest już rosłym młodzieńcem. W asyście Bentley’a i Murray’a – dwóch przyjaciół z czasów bidula – szop dokonuje brawurowego włamu do sejfu w siedzibie Interpolu. W ten sposób ściąga na siebie gniew agentki Carmelity (w tej roli ponętna lisica), ale też uzyskuje informacje niezbędne do odnalezienia zaginionej księgi oraz pięciu oprychów odpowiedzialnych za śmierć ojca i upadek klanu. Fabuła jest dość ciekawa, co wcale nie jest takie oczywiste dla tego gatunku. To, co najbardziej w niej urzeka, to dowcipne dialogi między trzema bohaterami, jak i obszerne przedstawienie każdego z pięciu antagonistów.

Sly1_3.jpg

Podczas zabawy przejmujemy kontrolę nad tytułowym bohaterem, chociaż poznamy też bliżej jego dwóch kompanów. Pierwszym z nich jest żółw Bentley – haker, programista i mózg grupy w jednym. Drugim jest hipopotam Murray, niezbyt rozgarnięty mięśniak, który pełni rolę zespołowego kierowcy. Niestety ich obecność w zdecydowanej większości przypadków ogranicza się do przekazywania wskazówek czy po prostu rozmów z zabawnymi gagami. Tę mniejszość z kolei stanowią sytuacje, gdy poniekąd przejmujemy nad nimi kontrolę. Otóż zdarzają się etapy, w których wcielamy się np. w Murray’a i zasiadamy za kierownicą furgonetki, aby ścigać się z innymi narwanymi kierowcami, bądź za pomocą wieżyczki strzelniczej osłaniamy naszego kompana, aby mógł dojść do wskazanego miejsca. Nie są to jednak etapy stanowiące trzon rozgrywki, a raczej umilacze, które stanowią odskocznię od głównej, czysto platformowej formy zabawy. W niej natomiast pomogą nam umiejętności Sly’a. Niestety ich podstawowy zakres nie jest nazbyt bogaty, ogranicza się bowiem do skoku i ataku. Na szczęście, wraz z postępem zabawy, nasz złodziejaszek szybko uczy się kolejnych ciekawych technik i zdolności. Wśród nich można wymienić chociażby podwójny skok, bieganie po gzymsach i wspinanie się po rynnach. Co ciekawe, w grze, oprócz kluczowych zdolności, które nabywane są mimochodem, twórcy umieścili bardzo bogaty wachlarz zdolności dodatkowych. Odblokujemy je, gdy zbierzemy wszystkie rozsiane w ramach danego etapu butelki. Podpowiedzi w nich zawarte pozwolą Bentley’owi na odczytanie kodu do sejfu, który znajduje się gdzieś w danym etapie. Takie sejfy zawierają strony „Thievius Raccoonus” i to właśnie dzięki nim Sly uczy się nowych technik. W ten sposób nasz szop nauczy się między innymi nowych ataków, uodporni się na upadki do wody, będzie mógł w konkretnym momencie spowolnić lub przyspieszyć bieg czasu, czy zastawić minę-pułapkę. Skoro jesteśmy już przy zdolnościach ofensywnych, nadmienić należy, że liczba przeciwników, z jakimi przyjdzie nam się zetknąć podczas przygody, jest naprawdę duża. Każdy rozdział opowieści to nie tylko nowe miejsce i nowy boss, ale też i nowi oponenci. Część z nich atakuje bez namysłu i ostrzeżenia, niektórzy jednak pozwalają na trochę bardziej subtelną zabawę –  można ich zajść od tyłu i zaatakować z zaskoczenia. Jest to o tyle cenne, że, jak przystało na platformera starej daty, często-gęsto wystarczy jedno uderzenie i zmuszeni jesteśmy do kontynuowania zabawy od ostatniego checkpointu. Co prawda ogólny poziom trudności nie jest jakoś szczególnie wymagający, a trofea wpadają dość gęsto, niemniej jednak zdarzają się etapy, które zjedzą nam kilka żyć.

Sly1_2.jpg

Kolejnym elementem, który cieszy, jest pozostawienie graczowi pewnej dowolności w kwestii wyboru poszczególnych etapów w danym rozdziale. W praktyce wygląda to tak, że rzuceni zostajemy do nieco większej otwartej lokacji, z poziomu której uzyskujemy dostęp do kilku etapów. Oczywiście nie sposób mówić tutaj o sandboxie, lecz unikamy w ten sposób typowego dla platformówek ciągłego chodzenia z punktu A do B. W ogólnym rozrachunku gameplay pierwszej części Sly’a Coopera niczym szczególnym nie zaskakuje, ale też nie pozostawia pola do narzekań. A jeżeli wziąć poprawkę na fakt, że tytuł debiutował na rynku ponad dekadę temu, jest naprawdę dobrze.

Ocena grafiki remasterowanych tytułów zawsze jest kwestią problematyczną. Oczywiście zespół odpowiadający za developing (chociaż bardziej akuratne jest określenie „portowanie”) takiego tytułu musi przysiąść i wprowadzić wymagane poprawki. Niestety taki proces zawsze odbywa się tylko w pewnym zakresie. Zwykle jest to tylko podciągnięcie rozdzielczości, dodanie kilku efektów, poprawki tekstur i rzadziej modeli. Nietrudno się domyślić, że powyższe zabiegi nie mają na celu sprawić, aby dany tytuł w kwestii oprawy wizualnej stawał w szranki z najnowszymi produkcjami. Mają po prostu tak się prezentować, aby gracz nie uciekł w popłochu na widok potwora, który pojawi się po uruchomieniu gry. Jak w tej kwestii wypada Sly? Okazuje się, że nad wyraz dobrze. Najlepszą rekomendacją dla oprawy graficznej pierwszej odsłony przygód naszego szopa będzie to, że tytuł wypada tylko nieznacznie słabiej niż wydani w ubiegłym roku Złodzieje w czasie. Z pewnością spory wpływ na ten stan rzeczny ma styl graficzny produkcji. Cell shading nie tylko nadaje grze rysunkowego charakteru, ale też bardzo skrzętnie maskuje większość niedociągnięć warstwy technicznej. Dlatego jedynym elementem, który faktycznie zdradza, że mamy do czynienia z leciwą już produkcją, są modele postaci i otoczenia. Dodatkowo o dobrze zoptymalizowanym kodzie gry świadczy stały framerate. Sporadyczne spadki animacji są niemal niezauważalne. Jedynym, co kłuje w oczy i trochę odbija się na odbiorze całości, jest tragiczna jakość przerywników filmowych. Tak drakońskiej kompresji obrazu nie widziałem chyba od czasów zapomnianego już formatu 3GP.

Sly1_4.jpg

Bardzo dobrze wypada też ścieżka dźwiękowa, chociaż akurat tutaj deweloper nie musiał nic zmieniać. Było dobrze i jest dobrze. Świetny, klimatyczny voice acting, bardzo dobrze dobrane efekty dźwiękowe, jak i sympatyczna, aczkolwiek nienachalna ścieżka dźwiękowa, mówiąc kolokwialnie – dają radę. Jedyne, do czego bym się przyczepił, to brak polskiego dubbingu. Wielka szkoda, tym bardziej, że wydana w ubiegłym roku „czwórka” mogła pochwalić się pełną lokalizacją. Tutaj próżno szukać choćby napisów w rodzimym języku. Co prawda tytuł może nie oferuje fabuły na poziomie gier z serii Final Fantasy, ale osobom bez przynajmniej podstawowej znajomości języka angielskiego umknie cała masa zabawnych gagów i żarcików sytuacyjnych, które są przecież bardzo mocnym punktem programu.

Sly1_5.jpg

Kończąc tę i tak już nieco przydługą recenzję, muszę przyznać, że przy Sly Raccoon bawiłem się równie dobrze, co za czasów PlayStation 2. Gra nic nie straciła ze swojego uroku i pomimo ponad dekady na karku, nadal jest bardzo solidnym platformerem 3D, który może stanowić wzór dla niejednej nowej produkcji. Jakość remastera też nie pozostawia wiele do życzenia i mam szczerą nadzieję, że podobnie będzie w przypadku dwóch kolejnych odsłon trylogii. Dla fanów tego typu produkcji, którzy nie mieli przyjemności obcować z oryginałem, jest to zakup wręcz obowiązkowy. Dla tych, którzy ograli już pierwowzór, pozostaje odpowiedź na pytanie: „Czy jestem skłonny zapłacić raz jeszcze, aby ponownie cieszyć się hitem sprzed lat, tym razem w kieszonkowym wydaniu?”


Plusy:

  • Jeden z najlepszych platformerów z portfolio Sony teraz też na PSV
  • Wciąż aktualna oprawa AV
  • Dużo dodatkowych zdolności

Minusy:

  • Jakość filmowych przerywników

Fabuła: 7
Grafika: 7
Audio: 7
Gameplay: 9

OGÓLNA: 8/10


Serdecznie dziękujemy Sony Computer Entertainment Polska za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego gry


Producent: Sanzaru Games, Sucker Punch Productions
Wydawca: Sony Computer Entertainment
Data wydania: 15.04.2014 r.
Dystrybucja: cyfrowa i fizyczna
Funkcje crossowe: -buy
Waga: brak danych
Cena: 39PLN

Reklamy