Produkcja Murasaki Mist: Akara’s Journey została zapowiedziana w 2014 roku podczas targów E3. W końcu, po wielu miesiącach oczekiwań, gra ujrzała światło dzienne w Ameryce Północnej. Postanowiliśmy sprawdzić, czego się spodziewać po tym hack’n’slashu zanim trafi do naszego PS Store.

Krainą Mithria władają złe demony, które czerpią energię z własnoręcznie zabitych ludzi. Ponieważ świat ma już dość tej sytuacji, główna bohaterka, Akara, zostaje wybrana do niebezpiecznej misji polegającej na wytępieniu wszystkich demonów. Tak rozpoczyna się nasza przygoda, podczas której poznamy kilka person i zobaczymy parę niezbyt zapierających dech w piersiach zwrotów nudnej akcji. Fabuła zaczyna nużyć już po pierwszych dwudziestu minutach gry, a im głębiej w las (dosłownie, bo w nim zaczynamy przygodę), tym gorzej.

2016-03-17-003736

Zostawmy więc fabułę i zajmijmy się opisem najważniejszego aspektu gry, czyli rozgrywki. Po uruchomieniu Murasaki zobaczymy menu, w którym rozpoczynają się pierwsze problemy techniczne. Kursorem, którym dokonujemy wyboru, można wyjechać poza dowolną krawędź ekranu i to na dość znaczną odległość (nawet do kilku centymetrów). Co więcej, po wciśnięciu dolnej strzałki D-Pada bądź przesunięciu gałki w tym kierunku, zaznaczenie opcji potrafi przeskoczyć o dwie pozycje. Problem z poślizgiem jest obecny również w menu samej gry, ale tam wciskamy L i R. Pierwszy raz spotykam się z czymś takim i nie mam pojęcia, jak można było to w ogóle zrobić, nie wspominając o przeoczeniu przy poprawkach. Po pierwszym i lekkim zirytowaniu się (bo nie mogłem trafić w „Options”…) uruchomiłem grę i dopiero wtedy zabawa zaczęła się na całego!

Włączając jakiegokolwiek hack’n’slasha, nastawiamy się na wykonywanie szeregu misji, również pobocznych, rozwijaniu statystyk bohatera oraz jego umiejętności. Twórcy Murasaki Mist postanowili pójść na łatwiznę, nie wprowadzając żadnego z powyższych elementów. Tak, ciężko to sobie wyobrazić, ale rozgrywka została ograniczona do podążania za nudną ścieżką fabularną, schematycznego likwidowania przeciwników oraz leczenia się miksturami, gdy sytuacja tego wymaga. Próżno szukać tu nawet takich podstaw jak magiczne zaklęcia, ale za to znajdziemy „aż” cztery typy broni białej (młot, miecz, topór oraz włócznia), które, tak na dobrą sprawę, niczym się nie różnią. Ciekawostką natomiast jest to, że jednocześnie możemy dzierżyć jedną większą broń w prawej ręce oraz drugą, mniejszą, w lewej, dzięki czemu zwiększymy zadawane obrażenia. Poza tym niektóre bronie posiadają specjalne atrybuty, a dokładniej „Crit” (szansa na obrażenia krytyczne), „Heal” (uleczenie się po zabiciu przeciwnika) oraz „Greed”, którego znaczenia do dziś nie zrozumiałem. Jeśli chodzi o mikstury, do dyspozycji mamy tylko dwa typy – leczące zdrowie lub manę, oczywiście w różnych wariantach mocy oraz ceny. W tym miejscu możemy już zamknąć rozdział dotyczący ekwipunku, bowiem niczego więcej w nim nie znajdziemy – żadnego pancerza, hełmu czy butów… niczego!

Przejdźmy zatem do zdobywania doświadczenia. Punkty otrzymujemy wyłącznie za likwidowanie poczwar. Ponieważ w grze nie zawarto systemu misji, za samą wędrówkę i starania nie otrzymujemy żadnych nagród, ani materialnych, ani związanych z doświadczeniem. Gdy już zdobędziemy odpowiednią ilość punktów expa, awansujemy na kolejny poziom, przez co zwiększymy maksymalny poziom życia, i to wszystko, niczego więcej nie otrzymujemy. Pasek many nie wydłuża się, a wartości dla „Def” oraz „Magic” do końca pozostaną na poziomie jednego punktu…

2016-03-17-121246

Wiemy już, jakim atrybutami dysponujemy, pora więc na detale dotyczące boju jako takiego. W Murasaki Mist mamy do czynienia z trzema atakami oraz ich potężniejszymi wersjami, które zużywają manę. Zwykłe ciosy wykonujemy kwadratem, silniejsze (ale wolniejsze) trójkątem, a specjalne kółkiem (pierwsza grywalna postać atakuje z wyskoku, a druga wywołuje poświatę, która dosłownie nic nie robi). Silniejsze wersje wywołujemy, wciskając jednocześnie R oraz jeden ze wspomnianych klawiszy geometrycznych. Reasumując, istnieje sześć różnych ataków, ale w praktyce i tak ograniczymy się do używania dwóch, góra trzech.

Każdy zgon cofa nas do niezwykle rzadkiego punktu kontrolnego. Oczywiście nasza postać traci wtedy dosłownie wszystko, co zyskała od aktywacji ostatniego checkpointa, czyli zdobyte doświadczenie, przedmioty oraz postęp fabularny. Nim się jednak cofniemy, zobaczymy, że zadowoleni ze swojego zwycięstwa przeciwnicy… tańczą macarenę. Na szczęście, żeby jak najrzadziej oglądać tę przykrą choreografię, do wyboru mamy cztery poziomy trudności, przy czym już drugi z nich wymaga pewnej wprawy i zręczności. Gra nie należy do najłatwiejszych, co można zaliczyć do plusów, ale jest za to niezmiernie irytująca. Głównym powodem jest to, że twórcy uwielbiali skrót klawiszowy „kopiuj-wklej”, dzięki czemu na metrze kwadratowym znajduje się nawet do kilku przeciwników, i, co gorsze, często są identyczni. Musimy więc co chwilę przedzierać się przez setki oponentów, co niby jest normalne w slasherach czy h’n’s-ach, ale w tym przypadku wyjątkowo przeszkadza i irytuje. Na szczęście nasza bohaterka jest na tyle utalentowana, że, gdy zostanie powalona na plecy, nadal jest w stanie zadać cios! Niesamowita zdolność! Dodatkowym atutem (choć tylko pozornie) jest fakt, że nie jesteśmy osamotnieni podczas walk z bestiami. Często towarzyszą nam pomocnicy, których poznajemy w trakcie gry. Nie mamy wpływu na ich bronie czy zachowania, dzięki czemu możemy zobaczyć niesamowite, naprawdę wyjątkowe AI! Pomagierzy w rzeczywistości są naszymi klonami-cieniami – kretyni robią dokładnie to, co gracz… Przykładowo, gdy stwierdzimy, że pomocnicy powinni dobić jakiegoś potworka, gdy my weźmiemy się za następnego, oni powiedzą „Ej, czekaj na nas!” i polecą za nami… Bo przecież zrobienie AI, które działa, zamiast kopiować każdy nasz ruch, jest nikomu niepotrzebne, prawda? O, to jeszcze jeden przykład: gdy staniemy nieruchomo, nasi przyjaciele zrobią to samo, wymachując swoją bronią… raz na dziesięć sekund. Już po pierwszych kilku minutach dochodzimy do wniosku, że lepszym sposobem będzie odczekanie, aż towarzysze polegną, a potem zajęcie się wszystkimi potworami osobiście. Niestety takie szczęście nie trwa długo, bo kompanii są tak wierni, że potrafią wstać dla nas z martwych, jak na złość!

2016-03-17-004407

Twórcy chwalą się, że kampania trwa ponad osiem godzin. Nie miałbym uwag do tego stwierdzenia, gdyby dodali, że przez co najmniej połowę tego czasu szukamy naszego celu. Wyobraźcie sobie grę MMORPG oraz zadanie „Porozmawiaj z Roninem”. Co wtedy robicie? Szybko spoglądacie na minimapkę z wyświetloną kropką, która wskazuje lokalizację NPC i ruszacie na spotkanie, prawda? A teraz sobie wyobraźcie, że minimapka (i w ogóle jakakolwiek użyteczna mapa) znika, w ogóle nie ma jej w grze… Nie mamy jakiejkolwiek orientacji w terenie i musimy znaleźć tego cholernego Ronina, który, przypuszczalnie, jest mężczyzną. To teraz pomyślcie, że w ogóle nie słyszeliście nic o Roninie, ani w ogóle o czymkolwiek, co można by zrobić. I tak właśnie wygląda rozgrywka w Murasaki Mist. Po nudnej rozmowie z NPC wychodzimy na zewnątrz budynku i… co dalej? Przez kolejne dziesięć do trzydziestu (zależnie od lokacji) minut szukamy czegokolwiek, co aktywowałoby jakąś interakcję – grupki ludzi, jakiegoś NPC, wejścia do krypty bądź chaty, czegokolwiek. Rozmowy w większości przypadków nie nakierowują na poszukiwany cel czy miejsce, do którego należy się udać. Pierwszą taką sytuację rozwiązałem po piętnastu minutach, gdy postanowiłem przeczesać całe miasto wraz ze wszystkimi chatkami, podążając wzdłuż każdej możliwej ściany. W końcu udało się znaleźć puste łóżko, które aktywowało interakcję i posunęło rozgrywkę dalej (bohaterka zaczęła rozmawiać z tym łóżkiem i dopiero w cutscence okazało się, że ktoś na nim leży [sic!]). Któraś, już nie przypomnę sobie która, podobna sytuacja mnie przerosła i po prostu przerwałem „zabawę”. Błądziłem wtedy na ogromnej pustyni, bo musiałem odnaleźć jakiegoś wędrowca. Przeczesałem wszystko wzdłuż i wszerz, zginąłem z dziesięć razy i poddałem się. W sumie spędziłem w tym koszmarze cztery godziny…

2016-03-17-153146

Oprawa wizualna to, nie przesadzając, kpina. W 2014 roku zaprezentowano nam pierwsze zdjęcia z gry, rok później pokazano nagrania z rozgrywki. Można było wtedy dostrzec styl graficzny nawiązujący do mangi. Nie wyglądało to rewelacyjnie, ale swój urok miało i tak pozostało. Animacje są płynne, ale warto wspomnieć, że dosłownie każdy zamach bronią aktywuje spowolnienie, które jest czymś w rodzaju nieudolnego slow motion. Natomiast gdy na ekranie robi się gorąco… gra obniża jakość grafiki do tego stopnia, że pozycja nagle zaczyna wyglądać, jakby była zrobiona na pierwsze PlayStation (oczywiście twórcy nie wspomnieli o tym przed premierą). Trzeba przyznać, że z jednej strony jest to ciekawe rozwiązanie, bowiem nie doświadczamy irytujących spadków animacji, ale z drugiej, zwłaszcza przy tym tytule, jest to po prostu zbyt przegięte. Jeśli chodzi o lokacje, można rzec, że plusem jest ich ilość. Pojawiają się miasta, pola, lasy, góry i wiele innych. Ich wadą jest jednak szczegółowość, a dokładniej jej brak, możliwość przechodzenia przez większość tekstur (konary, krzewy, drzewa, a także niektóre ściany (jedna ściana w chatce teleportuje nas na odległość kilku kroków od wejścia) czy tekstury graniczne (na pustyni można wyjść poza grę, na białe tło). Nie brakuje także takich baboli, jak zawieszony w powietrzu kamień, uprzednio trzymany przez przeciwnika. W dosłownie każdej grze z gatunku hack’n’slash z elementami RPG potrzeba umiejętności, rozwinięcia statystyk i dobrej broni, aby zlikwidować najpotężniejszych bossów. Twórcy Murasaki Mist chcieli być oryginalni, więc wystarczy zepchnąć bestię w odpowiednie tekstury, aby w nich utknęła, a potem tylko lać ją, ile wlezie. Co ciekawe, protagonistka (i potem protagonista) ani razu nie utknęła w tych teksturach, mimo moich usilnych starań umieszczenia jej tam.

Jeśli pomyślicie, że grafika jest tragiczna, to teraz wyobraźcie sobie, że udźwiękowienie jest jeszcze gorsze! Od początku towarzyszy nam spokojny utwór oraz nierealistyczny, irytujący dźwięk deszczu. Gdy po około 1,5 godziny gry deszcz przestał padać, pojawiła się we mnie nadzieja, że w końcu zostanę tylko z nudnym, zapętlonym, ale nie aż tak irytującym utworem. Jak bardzo się myliłem! Zamiast wkurzającego dźwięku deszczu, pojawił się dziwny skrzek, prawdopodobnie mający naśladować albo odgłos żab, albo jakichś ptaków. Gdy i ten minął, po kilkunastu minutach ponownie zaczęło padać… W tym momencie całkowicie wyciszyłem konsolę. Również dźwięki otoczenia, jak te wydawane przez broń czy zebrane przedmioty, nie powalają i na dłuższą metę są męczące. Tak złej oprawy dźwiękowej jeszcze nie słyszałem!

2016-03-17-175626

Murasaki Mist zapowiadało się na naprawdę ciekawego hack’n’slasha, który mógł wypełnić lukę na półce z tym gatunkiem w bibliotece naszej konsoli. Okazało się jednak, że jest to najgorsza gra, w jaką kiedykolwiek grałem. Z początku wywoływała u mnie zwykłe zniechęcenie i zniesmaczenie, lecz nie chciałem przerywać rozgrywki, bo wydałem na nią dziesięć dolarów (około 42 PLN). Po kilkudziesięciu minutach zacząłem odczuwać coś w rodzaju depresji, a najbardziej dobijało mnie długie szukanie wyjść z lokacji. Łzy w oczach, znacznie podwyższone ciśnienie i ostre słowa na ustach pojawiły się, gdy zauważyłem, że mam dopiero jedną czwartą trofeów. W tym miejscu trzeba zaznaczyć, że wszystkie są powiązane z fabułą, więc zaliczenie gry na 100% to po prostu jej przejście. Swoją drogą, trofea były moim jedynym sposobem na sprawdzenie postępu w grze. Czara goryczy przelała się, gdy nie potrafiłem odnaleźć wspomnianego wcześniej wędrowca. Wyłączyłem grę i w tym momencie zrobiło mi się lżej na duszy, przestałem też żałować najgorzej wydanych pieniędzy, bo przynajmniej mogę Was dzięki temu ostrzec…

Podsumowując, Murasaki Mist to hack’n’slash bez ekwipunku, statystyk, drzewek umiejętności, questów i zaklęć. To także nudna opowieść z powtarzalnym i irytującym gameplayem, brakiem jakiejkolwiek użytecznej mapy, tragicznym AI pomocników, okropną oprawą audiowizualną (i ilość lokacji nic tu nie zmienia!) i zbyt rzadkimi checkpointami. Spowolnienie gry przy każdym zamachu bronią, żeby zachować płynność rozgrywki, tak naprawdę wygląda gorzej, niż gdyby rzeczywiście pojawiały się spadki wyświetlanych klatek. Zabija to jakąkolwiek radość z siekania, chlastania i zabijania potworów. O tańczeniu macareny już nie wspomnę…

Nie polecam tej gry nikomu, nawet za darmo! Zdrowie jest ważniejsze, a trzeba wiedzieć, że produkcja meksykańskiego studia Hollow Games bardzo skutecznie podnosi ciśnienie i podnosi statystyki wypowiadanych przez nas przekleństw.


Plusy:

  • Gra nie jest dostępna w naszym PS Store (jeszcze…)

Minusy:

  • Fabuła
  • Oprawa audiowizualna
  • Brak misji, przedmiotów, wyzwań, statystyk, zaklęć, umiejętności, mapy
  • Klony przeciwników
  • Błędy i niedoróbki techniczne
  • Macarena…

Fabuła: 1
Grafika: 1
Dźwięk: 0.5
Gameplay: 0.5
Ogólna: 0.5/10


Producent: Onirik Game Studio, Hollow Games
Wydawca: Hollow Games
Data wydania: 16.03.2016 (US)
Dystrybucja: cyfrowa
Waga: 530 MB
Cena: 9.99$ (około 42 PLN)

Reklamy