Uncharted: Złota Otchłań


Dodane przez: , 25 lutego 2012, Komentarzy: 11, Wyświetleń: 459


Uncharted: Złota Otchłań jest tytułem, z którym wiązałem największe nadzieje na starcie konsoli PlayStation Vita, lecz w równie wielkim stopniu obawiałem się tego, że moje oczekiwania są zbyt wysokie. Przede wszystkim obawy budziło u mnie to, że przygody Nathana Drake’a robione są przez Sony Band, a nie przez Naughty Dog, jak to było w przypadku pierwowzorów z PlayStation 3. Czy twórcy poradzili sobie z ciężarem tworzenia portu ikony tej generacji konsol PlayStation? Zapraszam do lektury przygotowanej przeze mnie recenzji.

*Screeny użyte w recenzji są zrzutami ekranu z mojej konsoli PlayStation Vita i nie oddają rzeczywistej grafiki produkcji, ponieważ gra wygląda na nich o wiele gorzej niż ma to miejsce w rzeczywistości.

Czy to na pewno przenośna konsola?!

Po wstępie większość z Was pewnie sądziła, że będę teraz wspominał o grafice, lecz mam zamiar napisać słów kilka o gameplayu. Od zawsze chciałem chwycić do rąk handhelda i zatracić się w stuprocentowych doznaniach płynących z rozgrywki, co jak dotąd niestety się nie udawało, ponieważ na konsole przenośne otrzymywaliśmy tytuły okrojone pod względem gameplayu, jak i „epickości”. Niestety, ale na poprzednich platformach przenośnych mieliśmy niewiele gier nieodstających od tych z dużych konsol, więc w tym przypadku liczyłem właśnie na huczne odstąpienie od reguły pozostawionej przez starszą generację. W pewnym stopniu to właśnie dostałem, gdyż gra jest bardzo podobna do chociażby pierwszej części Uncharted. Większość różnic wynika z wykorzystywania właściwości PlayStation Vity, które sprawdzają się dobrze, lecz nie w każdym momencie rozgrywki. O ile w sekwencjach wynikających z fabuły i akcji rozgrywającej się na ekranie system dotyku i żyroskop wypadają dość fajnie, to wepchnięcie dotyku do banalniejszych rzeczy, jak utorowanie sobie przejścia, trochę nudzi, a nawet irytuje. Podczas całej rozgrywki towarzyszy nam lekkie odczucie wymuszonego dodania do produkcji sterowania dotykowego, lecz nie jest ono tak silne, abym mógł zaliczyć to do wad, które zniechęcałyby nas do gry.

Jak niektórzy z Was wiedzą, Uncharted to strzelanie, zagadki i elementy platformowe. W tym przypadku nie zmieniono głównego założenia i przygody Drake’a są takie, jakie być powinny. Cała rozgrywka jest bardzo dobrze stonowana, przez co żaden element gameplayu nie nudzi, gdyż sposób gry zmienia się w odpowiednich momentach. Sama gra została bardzo dobrze wzbogacona o elementy korzystające z atrybutów PS Vity i poza prostymi rzeczami, jak wspinanie się, otrzymaliśmy dobre etapy, w których używamy dotyku, żyroskopu, a nawet bawimy się w oświetlanie konsolki. Tak, nie pomyliłem się, oświetlamy konsolkę. Otóż względem poprzedniczek gra została rozszerzona pod względem skarbów i znajdziek, a jednym z ich typów jest pergamin, który musimy odczytać poprzez skierowanie naszego systemu PS Vita pod światło. Właśnie takie dodatki odróżniają Złotą Otchłań od jej sióstr z PlayStation 3.



Skarby, mapy, artefakty, zdjęcia…

Jedną z ważniejszych rzeczy w grze są skarby i znajdźki, o których wspominałem przy okazji opisywania wykorzystania funkcji Vity. Skarby gościły w serii Uncharted od samego początku, były poukrywane na planszach od startu, aż do końca rozgrywki. Tym razem twórcy poszli o krok dalej i do dyspozycji dostaliśmy poukrywane nie tylko skarby, ale też przeróżne kamienie szlachetne, mapy, plakaty, przyrządy, dokumenty, zdjęcia (w świecie gry PS Vita służy nam jako aparat) i odrysy znaków. Twórcy zadbali o różnorodność typów odkrywanych przedmiotów. Niech za przykład posłuży mapa, którą musimy poukładać z pociętych części, lub pergamin, o którym już pisałem. Cała ta otoczka zmienia sposób, w jaki postrzega się grę i wydaje się ona być trochę inna, co w żaden sposób nie jest wadą, bo chyba nikt z nas nie chciałby stuprocentowego portu. Według mnie właśnie ta zmiana, choć z pozoru nie tak znacząca, wyróżnia Uncharted: Złota Otchłań i według mnie przedstawia całą grę w innym świetle, bo teraz częściej mamy więcej czasu na eksplorację (pamiętajmy, że jest to gra liniowa, w której za poziomy służą nam zamknięte przestrzenie, pomimo których gra i tak pozwala czasami na trochę więcej swobody niż poprzedniczki). Z początku multum skarbów trochę przytłacza i wątpię, by ktoś za pierwszym przejściem gry znalazł je wszystkie, ale od czego mamy późniejsze wracanie do poszczególnych rozdziałów. Jak pokazał fenomen achievementów, ludzie lubią co chwilę być czymś nagradzani, a w Uncharted odczucie to jest wszechobecne, bo co pięć minut mamy coś do podniesienie, czy wyczyszczenia z brudu. Nie możemy zapominać także o achievementach wewnętrznych gry, które pojawiają się dużo częściej niż systemowe trofea.


Stare dobre Uncharted.

Strzelanie to jeden z najważniejszych elementów Uncharted, więc oczywiste jest, że co nieco trzeba o nim powiedzieć. W kwestii sterowania ten element gry nie odbiega zbytnio od tego z PS3, lecz są pewne zmiany, które wynikają z braku klawiszy R2, L2, R3, L3 w PlayStation Vita. Używanie broni odbywa się w sposób klasyczny, a więc „L” służy do celowania, a „R” do oddawania strzałów. W tym elemencie rozgrywki nie ma się do czego przyczepić, bo zrobiony jest tak, jak w poprzednikach. Jedną z nowości jest celowanie za pomocą żyroskopu, z którego korzystałem tylko przy okazji broni snajperskiej, bo było to naprawdę wygodne. Podczas zwykłych strzelanin używałem natomiast klasycznego analogu, bo według mnie to rozwiązanie cechuje się większą precyzją i komfortem.
W elementach platformowych dostaliśmy natomiast dodatkowe sterowanie, które nie jest obowiązkowe, lecz w niektórych momentach rozgrywki było miłą alternatywą od wciskania „X”. Przesunięcie palcem po drodze, którą ma pokonać bohater podczas wspinaczki, jest bardzo intuicyjne i wygodne, więc warto z niego skorzystać.
Łamigłówki zostały nieco uproszczone względem poprzedniczek i według mnie jest to jedna z wad tej odsłony. We wcześniejszych częściach nie stanowiły one żadnego problemu, a w tym wypadku jest jeszcze prościej. Całe to upraszczanie powoduje u mnie lekkie odczucie, że twórcy uważają graczy za bezmózgich idiotów, którym trudność sprawia ustawienie znaków według wzoru w dzienniku.






To film czy gra?

I po raz kolejny nie chodzi mi o grafikę, a o momenty filmowości, które stały się znakiem rozpoznawczym Uncharted. Złota Otchłań jest trochę inna od poprzedniczek, więc i ten element uległ zmianie. Nie braknie tu osuwania się przed nami belek, płonących budynków, płynięcia przez rwącą rzekę i innych elementów, które niekiedy urozmaicają rozgrywkę i wprowadzają ją na wyższy bieg. Co zabawniejsze, podczas bardziej dynamicznych elementów, jak wspomniany przepływ przez rzekę, na naszej drodze spotykamy poupychane skarby, o których nikt w takim momencie nawet by nie myślał. W utrzymaniu klimatu pomaga także brak dłuższych loadingów, bo jest tu ich bardzo mało i najczęściej poukrywane są w cut-scenkach zrealizowanych na silniku gry.
Sama fabuła jest prosta w przekazie i nie znajdziemy w niej zawiłych zwrotów akcji, w których trudno się połapać. Tak jak w przypadku poprzedniczek, mamy pewien skarb, towarzyszy i motyw kobiety. Wszystko to było obecne w poprzedniczkach i także w tej części nie mogło tego zabraknąć. W celu zapobiegnięcia spojlerom, nie będę się rozpisywał na temat historii. Napiszę tylko tyle, że jest tak klimatyczna, jak w poprzednich odsłonach i tworzy ciekawe tło dla wydarzeń dziejących się na ekranie.
Złota otchłań składa się z 34 rozdziałów, które nie odbiegają poziomem od siebie i z przyjemnością można wracać do gry, bo naprawdę szybko się nie nudzi. Jest to najlepszy tytuł single player na PlayStation Vitę i długość gry może satysfakcjonować.

I jak polski dubbing?

Oczywiście, jak zawszę w przypadku Uncharted – REWELACYJNIE. Oczywiście przeciwników „spolszczania” gier nie przekona on do zmiany swoich poglądów, lecz osoby lubiące słyszeć nasz ojczysty język płynący z głośników, dubbing w Złotej Otchłani jak najbardziej usatysfakcjonuje. Ekipa kierowana przez jednego z najlepszych Polskich aktorów dubbingowych dała radę i nie tylko samym Jarosławem Boberkiem Uncharted: Złota Otchłań stoi.
Jest wiele świetnych ról, które brzmią bardzo dobrze i naturalnie, lecz jak zawsze jest jakieś ale. Otóż Dorota Gardias wypada dość średnio na tle Nathana, w którego wciela się J. Boberek i przez to, że jest ona postacią drugoplanową, fakt ten bardziej razi.
Niestety po drugiej stronie świetnych głosów stoi zgranie ich z ruchem warg, co niekiedy wygląda tragicznie. Na szczęście takie momenty nie zdarzają się często i gdy już się trafią, to nie trwają długo, ale warto o tym wspomnieć, bo nie przypominam sobie takich błędów w poprzedniczkach.

Mogę mieć PlayStation 3 w kieszeni?

Otóż nie. Konsolę jak na razie porównałbym do PS2, bo jak wiemy, na starcie gry nie będą nigdy idealne. Choć Uncharted oceniłbym spokojnie na pomost pomiędzy PS2, a PS3, to gra odstaje od Uncharted z większej konsoli, co nie powinno dziwić. Jak na handhelda i tytuł startowy, pozycja wygląda obłędnie i nigdy jeszcze nie było okazji, by zagrać w tytuł tak dobrze wykonany na przenośnej konsoli. W wielu momentach krajobraz zadziwia i naprawdę aż samo korci,  żeby jak najczęściej używać opcji robienia screenów. Co prawda, gdy się przyjrzymy, możemy czasem dojrzeć ostre krawędzie i inne mankamenty, ale przy normalnym tempie rozgrywki i nieskupianiu się specjalnie na tym elemencie, żadna z wad nie przeszkadza.


Dźwięk czyli nie tylko strzały.

Podczas gry towarzyszy nam muzyka znana z poprzedniczek, jak i nowe kompozycje, które w świetny sposób wpasowują się w klimat fascynującej przygody tropienia skarbów. Podczas strzelanin muzyka przybiera na powadze i tempie, co w fantastyczny sposób wprowadza nas w akcję. Natomiast gdy wchodzimy na wykopaliska, słyszymy klimatyczny kawałek, który aż tryska klimatem Indiany Jonesa i jest to jak najbardziej cechą pozytywną. Uncharted to taka gra, którą bardzo dobrze się słucha i poza wspaniałym dubbingiem, mamy także świetną muzykę, która zachęca do podłączenia słuchawek i zatracenia się w świecie gry.
Co do samych odgłosów walki, strzałów, wybuchów itp. – gra jest świetnie udźwiękowiona i nie ma się do czego przyczepić. Sony Band zrobiło kawał dobrej roboty pod tym względem.

„Ale”, bo zawsze coś musi pójść nie tak.

Jedną z największych wad Uncharted: Złota Otchłań jest sztuczna inteligencja. Nasi przeciwnicy zadziwiają głupotą i niekiedy pojawia się uczucie, że są oni niewidomi, głusi i do tego mają 12 punktów IQ. Często zdarzało się, że zabijałem jednego z najemników na oczach innego, a ten nawet nie zwrócił na to uwagi. Bardzo często przechodziłem tuż obok przeciwników, a oni nawet tego nie zauważali. Częste jest także głupkowate chowanie się za przeszkodami, tak, że głowy wystają zza osłon. Jeszcze bardziej raziło chowanie się po nie tej stronie murku, co w efekcie dawało nam możliwość strzału w każdą część ciała rywala, a ten nawet nie zwracał na nas uwagi. Wszystkie te wady nie dotyczą tylko przeciwników, bo nasi towarzysze także nie grzeszą inteligencją. Często wystawiali się oni na strzały przez chowanie się po złej stronie osłony. W wielu momentach zacinali się o murek podczas ucieczki przed granatem, który w efekcie wybuchał im tuż pod nogami. SI to najgorzej wykonany element całej gry i Sony Band będzie musiało poświęcić mu trochę więcej czasu przy okazji tworzenia innych produkcji.

Jak widzicie, nasz towarzysz nie pokusił się o ucieczkę przed granatem.

 

Ocena końcowa.

Uncharted nie spełniło wszystkich moich oczekiwań, lecz dzięki zupełnie nowym elementom zapomniałem o nich i całą grę traktowałem jako pozycję trochę oddzielną od jej poprzedniczek. Grając, widać, że produkcji nie przygotowało Naughty Dog, lecz jest to jak najbardziej pozytywem, bo Złota Otchłań wnosi powiew świeżości i tworzy własny styl Uncharted na handheldzie, który według mnie powinien być kontynuowany w następnych odsłonach. Twórcy pokusili się o zmiany i wyszły one na dobre. W żaden sposób nie twierdzę, że Złota Otchłań jest lepsza od starszych odsłon, lecz jest inna i jak najbardziej zaliczam to do atutów, bo grając w tę odsłonę, nie mam uczucia, że nie powielam schematu, lecz bawię się nową koncepcją tego tytułu, która lepiej nadaje się na handheldy i jest bardziej do nich przystosowana. Do wad mogę zaliczyć brak trybu multiplayer, o który ubiegało się wiele osób, ale możemy mieć nadzieję na łatkę dodającą ten element do gry (osobiście nie przepadam za multi w Uncharted i sądzę, że jest to element zbędny w produkcji tego typu). Tytuł jak najbardziej polecam i nie żałuję wydanych pieniędzy, bo na pewno jeszcze wrócę do przygód Nathana Drake’a i Wam także radzę to zrobić, no chyba że nie lubicie gier single player z gatunku action adventures.

 

*Musicie pamiętać także, że moja ocena jest związana z tytułami, które teraz są dostępne na rynku. Być może kolejne Uncharted na PS Vitę dostanie taką samą ocenę, lecz nierówną tej, ponieważ jest to tytuł startowy i nie wiemy jeszcze do jakich zmian pod względem jakości dojdzie w najbliższym czasie w grach na PlayStation Vita. 

Guri – Marcin Dróżdż





Plusy:

Minusy:


  • Najładniejsza gra na PlayStation Vitę
  • Słaba sztuczna inteligencja
  • Świetny gameplay
  • Niekiedy słabe detale
  • Barwni bohaterowie
  • Brak multiplayer
  • Wykorzystanie funkcji konsoli PlayStation Vita
  • Długość gry
  • Dobra lokalizacja


  • Producent:

    Wydawca:

    Od 16 lat
    Przemoc

    Nasza Ocena:

    9.0